Archive for June, 2012...

On this Day in 2010: Morning Lake

Jet-lagged and restless, I woke up at 4:00 am on June 30, 2010 after we arrived to Jodłów summer house the day before. I remember walking in the dim morning light towards the lake and thinking that the lack of sleep was going to wreak havoc with our ability to distinguish between the day and the night, and that the first few days of our vacations in Poland were not going to be much fun. I was surprised to shake off the feeling of tiredness instantly when I arrived at the lake and saw it enveloped in the soft light of the rising sun, gently cushioned by the misty morning fog. Amazingly, the agitations of my tired body have vanished completely and I sat there mesmerized with the compelling and completely relaxed feeling that I’d arrived to the right place at the precisely right time.

Sponiewierana długą podróżą i niespokojna, przebudziłam się już o 4-tej rano 30 czerwca 2010 roku, po dojechaniu do Jodłowa dnia poprzedniego. Pamiętam jak maszerując w kierunku jeziora w niezupełnie jeszcze pełnym świcie, rozmyślałam jak to te pierwsze dni naszych wakacji w Polsce będą skazane na stratę, zanim nasze ciała odnajdą się na nowo po tej drastycznej zmianie czasu. Zdziwienie moje było zatem ogromne, gdy całe moje zmęczenie umknęło w jednej chwili po dotarciu do jeziora, gdy to ujrzałam je spowite w porannej mgle i oświetlone nieśmiale wschodzącym słońcem. W jednej niepozornej chwili, ogarnęło mną wszechobecne poczucie relaksu i przeświadczenie, że znalazłam się we właściwym miejscu, w dokładnie wyznaczonym czasie.

My Time to Stop and Smell the Jasmine

School is out for summmer and I’m trying hard to suppress the giggles that got hold of me after I’ve left the school grounds this afternoon. Typing this, I’m still wrapping my head around the concept of the two months of freedom that await me. How to make the best of this time so there are no regrets come September? Well, for starters, let’s stop and smell the jasmine first!

Zaczynają się wakacje! Chichoty muskają mnie po duszy już od chwili, gdy wyszłam ze szkoły dzisiaj po południu i ciągle jeszcze trudno mi uwierzyć, że czekają na mnie dwa miesiące wolności. Jak je wykorzystać, żeby niczego nie żałować, gdy nadejdzie wrzesień? Na dobry początek, chyba zacznę od przystanięcia na chwilę by napoić się wonią kwitnącego jaśminu.

A Happy Face Daisy

We’ve had two full days of sunshine since the beginning of June and I’m slowly resolving myself to this sad fact that we just might get only two more this summer. After watching the wild rainfall outside my window all through yesterday’s evening and night, early this morning, just inbetween the new series of downpours, I ventured into the field of wildflowers that spreads in front of my house, intending to take a few shots of daisies. It’s the time for daisies now, the flower I’m named after, and one of my many favourites. I knew they would look pretty sodden with raindrops, and they did. I was most charmed by the one with a smiley face, telling me to lighten up a little and to quit taking that weather business so seriously. I promise, I will.

Od początku czerwca cieszyliśmy się słońcem przez całe dwa dni. Z rezygnacją. ale już zaczynam oswajać się z myślą, że do końca lata może uda nam się mieć jeszcze następne dwa dni słońca. Po przyglądaniu się ścianie deszczu przez cały wczorajszy wieczór i słysząc go jeszcze w nocy, dzisiaj z samego rana, pomiędzy jedną ulewą, a drugą, wypadłam na łąkę, która płoży się przed domem, z intencją zrobienia zdjęć margaretkom. Nastał czas na margaretki, z którym dzielę imię, i które kocham. Miałam nadzieję, że będą się pięknie prezentować, ociekające deszczem, i tak też było. Najbardziej jednak zauroczyła mnie ta jedna, uśmiechająca się do mnie, jakby mówiła: “rozwesel się, to tylko deszcz, nie ma powodu by aż tak przejmować się pogodą…” Rzeczywiście, nie ma powodu!

On This Day In…

Mainly, I’m popping in to wish you a fantastic first weekend of the summer 2012. I hoped for the beautiful weather we’ve enjoyed for the last two days to continue, but that, of course, would be too much to ask for. After the cold spring, we’re having a cold summer, and I’ll have to deal with it somehow. And I do… I went to our vast picture repository to travel back in time. To remember the times and places we’ve traveled to, the moments we’ve engaged in, to see if memories could be as satisfying as the actual experiences. That’s when I thought of a little series of the blog posts that I’ll precariously name: “On This Day In…”
And today, let me take you to June 22, 2009. I traveled to Poland, leaving A. behind, the thing I’m very reluctant to do now. Despite my many reservations to travel alone (not quite true – my lovable son F. accompanied me on that trip), I had a wonderful time. Here we are, F., A’s Mom, and I, walking the grounds of the old castle in Chocha, turned B&B. For some reason, I din’t find the place as remarkable as I thought it’d be, until I came across this full litter, surreptitiously set on the castle’s threshold. Seven kittens stealing the heart of any passerby that happened on, the sign “Free Kittens” not necessary.

Głównie wpadłam tutaj by życzyć Wam wspaniałego, pierwszego weekendu tegorocznego lata. Miałam wielką nadzieję na kontynuację tej cudnej letniej pogody, którą cieszyliśmy się przez ostatnie dwa dni, ale skoro oczekuję zbyt wiele, to po prostu muszę znaleźć inną metodę na radzenie sobie z tą trudną pogodową sytuacją. I myślę, że sposób znalazłam. Penetrując nasze olbrzymie zdjęciowe składy w poszukiwaniu letnich chwil osaczonych słońcem, ale też i po to, żeby trochę popodróżować w czasie, przypomnieć sobie sytuacje, z którymi mieliśmy do czynienia, i by sprawdzić, czy wspomnienia posiadają tę samą moc, co same doświadczenia, wpadłam na pomysł blogowej serii na Majologii, którą nieśmiało nazwę: ” W ten dzień w…”.
I oto 22 czerwca, 2009 roku, podróżując solo, czego już właściwie nie robię (no nie zupełnie, bo wtedy właśnie towarzyszył mi w tej podróży nasz ukochany syn F.) i mimo pewnych obaw, czas spędzaliśmy wyśmienicie. Tego właśnie dnia spacerowaliśmy leniwie po gruntach zamku w Czosze, przeistoczonego w wygodny hotel na fali. Mimo oczekiwań, miejsce nie wywarło na mnie takiego wrażenia, na jakie liczyłam. Ale tylko do chwili, w której natknęłam się na ten kosz wypełniony kociętami, ukradkiem wystawiony na progu wielkich zamkowych wrót. Siedem kociaków wykradających serca gościom i przygodnym przechodniom – napis “Kotki za darmo” już nie był konieczny.

Oh, how I Love Summer!

My love of summer is deep and intense, yet I’m so easy to please. Give me those long days and the warm evenings enveloped in the lazy orange light of the sunsets, and my love will be eternal. Show me a bush of a blooming lavender and my heart will go pitter-patter. Set up a few impromptu farmers markets and my loyalty will be never-ending. Feed me the fresh, red berries and you’re in for some red kisses. Paint the fields of wildflowers with every colour in the artist’s palette and I’ll never forget. But most importantly – take me to the beach and leave me there for ever.

Miłość moja do lata jest głęboka i intensywna, a mimo to tak łatwo mnie zadowolić. Podaruj mi te długie letnie dni i wieczory nabrzmiałe pomarańczowym światłem zachodzącego słońca, a moja miłość będzie wieczna. Pokaż mi kwitnącą lawendę, to serce zabije mi mocniej. Ustaw przede mną prowizoryczny stragan z ogrodowymi plonami, a lojalność moja nie będzie miała końca. Daj mi skosztować świeżych truskawek, albo pachnących jagód, a nie obędzie się bez namiętnych, czerwonych pocałunków. Wymaluj pola polnych kwiatów wszystkimi kolorami na palecie malarza, a zostaniesz w mojej pamięci na wieki. Ale najważniejsze – zabierz mnie na plażę i tam mnie zostaw na zawsze.

Got Covered!

I’m so excited, well, more like thrilled and slowly accepting the exuberant feeling into my psyche and body, realizing that it had indeed happened. One of my images made a cover of the international WHERE Magazine, its Rome publication, to be precise. The picnic picture appeared on the cover of WHERE Rome magazine in April, but it took a long time before I received the printed copies, so I’m sharing this tidbit with you only now. This internet really is an incredible place and its Gods work in truly mysterious ways. How cool!

Co za przygoda! Jestem w siódmym niebie i powoli dociera do mnie świadomość oraz istota tego wydarzenia. Moje zdjęcie pikniku trafiło na okładkę rzymskiego wydania WHERE Magazine. Miało to miejsce już w kwietniu tego roku, ale ponieważ wieki minęły zanim kopie dotarły do Kanady, to dzielę się nowiną dopiero teraz. Ten internet to jest naprawdę magiczne miejsce. Nadal przecieram oczy z niedowierzaniem.

To Fathers, Family, and Health

I don’t know why this holiday makes me teary-eyed. Perhaps, it’s because A. is a wonderful father and I’m eternally grateful that we could rear F. together for all these years. Or perhaps, because the last few weeks were somewhat trying on us and the notion of health, commitment, and being there for one another was particularly emphasized while we huddled and hugged awaiting S. to get better. She is recovering nicely now and this, too, brings tears of joy. Therefore, since there is no escaping the sappy mood, I’ll then wish all the wonderful Fathers out there to enjoy this Father’s Day, to be hugged and to hug in return. And I’ll suggest to everybody else to never take for granted the ones closest to your heart. Enjoy the day, and yes, stop and smell the peonies!

Nie wiem dlaczego łzy cisną mi się do oczu w ten Dzień Ojca. Może dlatego, że A. jest wspaniałym ojcem i wdzięczna jestem losowi, że mogliśmy wspólnie wychowywać F. przez te wszystkie lata. A może dlatego, że ostatnie tygodnie przetestowały naszą wytrzymałość, gdy to pojęcia jak oddanie, wspieranie się na wzajem, oraz poszanowanie zdrowia zostało przeniesione na pierwszy plan, gdy w strachu i nadziei wyczekiwaliśmy na poprawę stanu zdrowia S. Na szczęście, już dochodzi do siebie powoli, co też wyciska ze mnie łzy, tym razem jednak łzy radości. Skoro więc nie ma szansy bym mogła uniknąć łzawego tonu w tym poście, to skoncentruję się na złożeniu wszystkim Ojcom życzeń na najwspanialszy dzień jakiego kiedykolwiek doznali. Niech dadzą się przytulić i niech sami przytulają ile sił im starczy. I jeszcze jedno, niech zatrzymają się choćby na krótką chwilę by powąchać piwonie!

Dancing in the Meadow…

… are all the delicate wildflowers notoriously charming the bumble bees with their beauty. They’re charming me, too – bewitchingly.

Tańczą na łące delikatne polne kwiaty. Nęcą swą urodą łagodne bąki. Mnie też kuszą i oczarowują.

Related Posts with Thumbnails