Archive for May, 2012...

A Spring Day in May

Since my last report from Sunday, I wasn’t around much. Work, generally, overtook my life to the point that there was no energy to do anything else beside it. Normally, it would be a rather sad state of affairs, but I admit that Sunday walk on Barnston Island kept me going well into the week. I thought I would share some more photos from this enchanting place and I’d say ‘hi!’ to you before the weekend starts. We’re to have summer temps around here and because it’s the Mother’s Day weekend I’m super excited about it. I’ll tell you all about it tomorrow. In the meantime, take note of this Friday evening, of all your work-related challenges left behind, of the promise of the splendid weekend ahead of you, and rejoice!

Nie pojawiłam się tu, na Majologii, od prawie tygodnia. Praca pochłonęła mnie bez reszty, do tego stopnia, że na nic więcej już brakowało mi energii. W innej sytuacji, byłaby to osobista porażka. Na szczęście, wspomnienia z tego niedzielnego spaceru na wyspie Barnston utrzymywały mnie przy życiu i spowodowały, że jakoś przetrwałam cały tydzień. Pomyślałam, że może warto pokazać jeszcze kilka zdjęć z tego uroczego miejsca, no i zdecydowanie powiedzieć Wam ‘Cześć!’ zanim zacznie się weekend. Wreszcie mają u nas zawitać prawdziwie letnie temperatury, a w niedzielę świętujemy Dzień Matki, stąd też ta cała moja matczyna ekscytacja. O szczegółach powiadomię jutro. Tymczasem, nie pozwólcie, żeby ten piątkowy wieczór przemknął niezauważony. Cieszcie się, że wszystkie z pracą związane stresy nie mają istnienia przez następne dwa dni, że wręcz odwrotnie, szykuje Wam się beztroski, wiosenny, majowy weekend i to już jest powód do radości.

Bucolic in the City

I live in a city of almost two and a half million people. Thus, it never fails to amaze me that I can find a bucolic site like the one in the picture just a few kilometers away from where I live. As the scenery always puts me in the best of moods whenever I visit the Barnston Island, I also want to keep its existence my little secret. Judging by the many tired city folks flocking to that little paradise on Sunday afternoon, the secret must be out. To get there you take a ferry, which is no more than a barge pushed by a tug boat. It tirelessly crosses the Fraser River every few minutes, and it’s free of charge, yes, you’ve read it right. Once on the island, you ride, run, or walk a perimeter of the island which amounts to a 10K loop. While doing that, you get lost in the scenery, fields, pastures, and meadows; its smells, its magnificent views of the mountains; and in the zen-like feeling of total relaxation. Aum…

Mieszkam w mieście, które posiada prawie dwa i pół miliona ludzi, a ciągle jeszcze nadziwić się nie mogę, że taką wiejską scenę jak ta powyżej znaleźć mogę o zaledwie kilka kilometrów od domu. Jako że ta bukoliczna okolica wprawia mnie w doskonały nastrój ilekroć trafię na wyspę Branston, to i pragnę trzymać jej istnienie w ścisłej tajemnicy. Sądząc po tłumach zmęczonych miastowych ciągnących w jej kierunku w niedzielę, podejrzewam, że sekret się wydał. Żeby dostać się na wyspę trzeba wsiąść na prom, który właściwie promu nie przypomina, bo jest barką popychaną przez holownik. Przekracza on rzekę Fraser co kilka minut i jest bezpłatny – fakt, który już od dwudziestu lat jest tak samo ciągle jeszcze zaskakujący. Droga obiegająca wyspę, a która ma dokładnie 10 kilometrów w obwodzie jest idealna na przejażdżki rowerowe, bieganie, czy spacery. Ponieważ okolica jest piękna, z całą tą wiejską sielanką, pastwiskami, polami, łąkami, zapachami i widokami gór, to nie trudno o wprawienie się w stan duchowego uniesienia i totalnego relaksu. Aum…

Forget-Me-Not Sunshine!

The Sunday walk was vastly needed, the sunshine was extraordinarily therapeutic. I can’t tell you how bummed out I was by all this rain that kept falling on us. They say that the Pacific Northwest is the one region in America that’s ripe with depressed individuals walking around, and I was starting to think I was on my way to be one of them. But not anymore, I swear, Monday came rolling in with more sunshine and lovely, pre-summer temperatures. And yesterday, doing a 10K walk around the Barnston Island, rewarded me with these sweetheart forget-me-nots. I’m brimming with optimism again and hope you do, too. Have a tremendous start to a new, sunny week. Hugs…

Wczorajszy, niedzielny spacer był ogromnie mi przydatny, a słońce podziałało jak najlepsza terapia. Nie umiem już nawet wyrazić jak przygnębiająco wpływał na mnie ten nieustający deszcz, który spływał po nas przez długie jak katorga tygodnie. Mówią, że ten region Ameryki – Pacific Northwest – czyli Wybrzeże Północno-Zachodnie, gości najbardziej liczną grupę osobników cierpiących na depresję. Już poważnie rozpatrywałam ewentualność, że mogę być jednym z nich. Na szczęście, i ku mojej nieokrzesanej radości, nie tylko niedziela była cudnie słoneczna, ale i poniedziałek przyniósł jeszcze więcej słoneczka i prawie letnie temperatury. Dziesięciokilometrowy spacer wokół wyspy Barnston wynagrodził mnie tymi czarującymi niezapominajkami. Na nowo jestem pełna optymizmu i pozostaję w nadziei, że i Wam szykuje się nadzwyczajny tydzień. Ściskam Was gorąco…

Rain & Repose

Have I complained enough of the rain that we have this spring? The only hint that it’s spring is the luscious greenery outside my window, one and only perk of the gargantuan amounts of rain we get. I followed the cats’ lead and spent the Saturday afternoon on my bed with a Sony reader in hand. Once again, I should learn that giving in, going with a flow, and just plain relaxing is the preferred mode of operation in life. Proving my point is the world basking in endless sunshine this morning. I see a Sunday walk in my cards. Then, in the evening, I’m throwing a small pizza party to celebrate. Wonna join?

Zazdroszczę Wam wszystkim boskiej pogody w tę Majówkę. Wierzcie mi, nawet w Kanadzie jest o tym głośno. Tymczasem, ja nadal narzekam na nie ustający deszcz. Jedynym znakiem, że wiosna panuje za oknem jest soczysta zieleń, wyłączny atut tego mokrego stanu rzeczy. Wczoraj już dałam za wygraną i podążając za kotami, spędziłam popołudnie w łóżku, z czytnikiem ebooków. Kiedyś może, wreszcie się nauczę, że najlepszą metodą na życie jest stoicyzm, pójście za ciosem, i umiejętność zrelaksowania. Dzisiejszy, niedzielny poranek, już potwierdza ten mój punkt widzenia, bo przebudziłam się do dnia skąpanego w słońcu. W planach jest spacer, a potem ‘pizza party’ na uczczenie. Jesteście zaproszeni!

Proudly Horticultured

One of my most coveted spring flowers is ranunculus. I’m green of envy (no pun intended) when I see these beauties featured on blogs in early March, (Hello, my Californian blog friends!). The flowers don’t make cameo appearances in local flower shops until late April. Two years ago, I went on a whim and purchased ranunculus tubers and, half-haphazardly, I planted them in a pot on my balcony, not really aspiring for any spring ranunculus glory. This year, however, before setting out to Arizona for the spring break, I dutifully noted that the greens made their way to the top of the soil and they looked promising. On our return, I was greeted with mighty white and fushia blooms. I acknowledged them politely, while intending to forget their mere existence. But they kept their presence, having bloomed, persistently, for a month now, and more buds keep coming. I’m sure, I shouldn’t be ignoring the phenomenon anymore and give the flower the nod it deserves. Wouldn’t you agree?

Moja wersja na ogrodniczą zazdrość sprowadza się do kilku kwiatków pełnika. Nie jest to ani arogancka, ani też bardzo ambitna emocja. Podziwiam formę tego kwiatka i trochę zielenieję z zazdrości, gdy moje blogerowe, kalifornijskie koleżanki fotografują pełniki już w marcu, gdy u nas nie pojawiają się one aż do końca kwietnia. Dwa lata temu, gdy natknęłam się na bulwy tej rośliny, wetkałam je od niechcenia w doniczkę na balkonie, nie roszcząc wielkich nadzieji. W marcu, przed wyjazdem do Arizony, zauważyłam, że zielone łodygi pojawiły się z nienacka i wyglądały jakby miały dzielnie rosnąc. Z zaskoczeniem przywitałam kwitnące pełniki po powrocie, domagające się uwagi w bieli i różu intensywnych kwiatów. Grzecznie przytaknęłam ich obecności, ale beż większych emocji. Dzisiaj jednak czas już zauważyć wysiłki tej niepozornej rośliny, bo kwitnie już wszechmocnie od miesiąca i nie zanosi się na to, żeby miała przestać. Dochodzę do wniosku, że im mniej przejmuję się swoimi ogrodniczymi wysiłkami, tym lespsze osiągam rezultaty. Może jest to odpowiedź na wszystkie moje ogrodnicze dylematy.

Related Posts with Thumbnails