Archive for May, 2012...

Drifting

This dandelion living precariously on a log of sparce driftwood nicely exemplifies how I function of recent… happy with the bare minimum – my whole attitude is undergoing some radical reform, and why not?

Ten mlecz nieśmiało trwający na cedrowej kłodzie wypłukanej słonym oceanem może być metaforą dla mojej własnej egzystencji ostatnimi czasy… zadowolona z tego co życie przynosi tak ot, z dnia na dzień, bez oczekiwań. Kształtuję się na nowo… a bo czemu nie?

Green Inside Out

My world is green these days. Looking out the window I see the field of green grass dotted with light yellow flowers. My balcony is green with puffy lavender bushes. The greens dominate this late spring season, so even indoors, I notice the colour so much more and I love it immensely, for this is the colour of life, health, and hope. Enjoy your weekend!

Zielono mi! Patrząc przez okno widzę wielką zieloną łąkę ponakrapianą jasno-żółtymi kwiatkami. Balkon zazielenił się napuszonymi krzakami lawendy. Zieleń dominuje, doprowadzając powoli wiosnę do zasłużonego finału sezonu. Nawet w domu spostrzegam ten kolor bardziej niż o innych porach roku i raduje mnie on niezmiernie, bo jest to kolor życia, zdrowia i nadziei. Jak Wam mija ten weekend?

Happy as a Clam at High Tide

Mainly, because it’s Friday. The work week is done, I’m no longer downed by a cold, the sun is shining, and the summer vacations are on a horizon – just mere 22 working days! In fact, I’m so happy that I felt like skipping all the way from work today – sauntering was just not an option as I was itching to start this glorious weekend – another long weekend, I should add. I have such high hopes for these three days. Tomorrow, I’m celebrating the European Mother’s Day in a company of my Polish friend, and a mother of two, M., walking and admiring the Darts Hill Garden Park. Yes, you might expect a few flower shots in the next couple of days despite my best intentions to photograph everything else. Sunday might be an inside day, we’ll see. On Monday though, I have big plans to get on the water. I’ve realized, that I haven’t been to an open ocean in a while now and I need some beach-combing therapy. I have some driftwood projects on my mind and am hoping to collect a few good specimens. I’ll leave all the trip planning to A. and I’ll save my energy for long beach walks. I got inspired to get close to the water by our walk last weekend to the Tavistock Point on the Brae Island, on the Fraser River in Fort Langley, where I came across this abandoned boat house. Wouldn’t it be sweet to inhabit this structure? I would like nothing more. What are your plans for the weekend?

“Szczęśliwa jak sercówka przy wysokim pływie”… zwykle komicznie się kończy tłumaczenie na polski angielskich idiomów, i ten nie jest wyjątkiem. Wystarczy powiedzieć, że czułam się niezmiernie szczęśliwa, bo tydzień pracy już za mną, przeziębienie już pozostawiło mnie samej sobie, jest ciepło i słonecznie, a do wakacji zostały mi tylko 22 dni pracy. Aż chciało mi się wracać do domu w podskokach, bo powolny, stoicki spacer, po prostu nie pasował do nastroju w jakim zaczynałam ten kolejny długi weekend. Mam wielkie plany na te najbliższe trzy dni. Jutro spędzam europejski Dzień Matki w towarzystwie mojej przyjaciółki M., również Matki Polki, i do tego wspaniałej ogrodniczni, w ogrodach Darts Hill. Spodziewać się możecie kilku dodatkowych zdjęć kwiatków, mimo najlepszych intencji skupienia się na fotografowaniu wszystkiego innego niż kwiaty. Niedziela może się okazać dniem spędzonym na dopieszczaniu zaniedbanego domu. Za to poniedziałek spędzimy gdzieś nad wodą, bo już dawno nie czułam zapachu otwartego oceanu i bardzo potrzebuję plażowego pleneru. Mam też na myśli kilka projektów z udziałem kawałków drewna sponiewieranego falami i solą i mam nadzieję znaleźć odpowiednie okazy. Pomysł na wyprawę nad morze trafił do mnie po spacerze w poprzedni weekend do Tavistock Point na wyspie Brae, na rzece Fraser, w Forcie Langley, skąd pochodzi zdjęcie tego sponiewieranego domu-barki, porzuconego i zaniedbanego. Akurat w takim stanie, w jakim uwielbiałabym się do niego wprowadzić. A jakie są Wasze plany na weekend?

Making a List, Checking It Twice

Are you a list maker? I am, though I wish, I was one of those people who do what they have to do, when the need arises, without giving it another thought, or a spot in the corner of their mind, or a space on a sheet of paper. But not, I’m a chronic maker of perpetual lists, a master procrastinator, and a skillful list items’ tweaker. So if it weren’t for this little confession time right now, you’d never know that I have tasks on my lists from two years ago. Helpless, you say, and under any other circumstances I’d agree, but we’re talking the sanity of the truly yours, here. After all, at some remote time, I thought the task was worth the effort and it’s kind of reassuring to conclude that desire to have it done or crossed off the list is still valid. My incorrigible optimism makes me believe that all the list items will be checked off, and one of these sunny days, I’ll find myself with no ‘to-do’s’ to worry about. To aid the process, I’ve spent a better part of the rainy Monday, of the Victoria Day long weekend, scheming planning how to downsize my to do list to the manageable 5-item entity. Not the 29!
How about you? How many items on your to-do list do you have? Do you have more than one list?

Czy jesteś zagorzałym zwolennikiem pisania list rzeczy do zrobienia? Ja tak, chociaż wolałabym należeć do tych ludzi co to zrobią co mają zrobić gdy nastanie taka potrzeba. Bez zbędnego pamiętania, przypominania, poświęcania zadaniu miejsca w głowie, albo na licznych skrawkach papieru. Jestem chroniczną pisarką list, doskonałą w odwlekaniu, i bardzo zdolną w kwestiach przekładania terminów. Gdyby nie ta dzisiejsza przypadkowa spowiedź, nigdy byście się nie dowiedzieli, że na mojej liście rzeczy do zrobienia są jeszcze zadania sprzed dwóch lat. Trudno mi rościć nadzieję na poprawę, rozumiem, ale skoro już samej mi zaczyna ta długaśna lista doskwierać, a zależy mi na swoim zdrowiu psychicznym, to mimo optymistycznego podejścia do życia, gdzie to wierzę, że nadejdzie taki jeden dzień, gdzie każde zadanie z listy w cudowny sposób zostanie wykonane, to jednak zmuszona byłam, w ten deszczowy poniedziałek spędzić trochę czasu w papierach i pokierować swoim życiem w taki sposób, żeby ta moja lista zmalała do pięciu zadań, z tych przygnębiających 29-ciu. Trzymajcie za mnie kciuki, bo terminy mam napięte.
Czy Wy też tworzycie listy bez opamiętania?

Play Outside

Go and play outside a little. It’s this delirious time of the year when the green can’t get any greener, the scent of flowers gets to your head and makes you feel oh-so-daring, and the birds sing the sweetest of their love songs. Just go outside, play a little, and watch your soul partake in the dance in unison with the butterflies.

Spędź trochę czasu na zewnątrz. Trwa przecież ten najbardziej oszałamiający okres w roku, kiedy zieleń nie może już być bardziej zielona, kwiaty oblepione płatkami omamiają zapachem i grożą pełnym zatraceniem, a ptaki śpiewają najbardziej miłosne piosenki w repertuaże. Wyjdź na dwór i pobaw się trochę, i zobacz jak dusza przyłączy Ci się do tańczących wokół motyli.

Treat Yourself

Why not? It’s a weekend, at last, it’s time to relax, it’s the perfect opportunity to try these divine sweet treats – the tahini cookies. They are crumbly, dissolving in your mouth, leaving the unmistakable sesame taste lingering on your tongue in their wake. And they are just a cinch to make. Here is how:

Tahini Cookies
Ingredients:
1/2 cup tahini
100 g butter, soft
1/2 cup sugar
2 tsp vanilla sugar
2 cups all-purpose flour
1/2 tsp baking powder
1 TB finely ground coffee

Method:
1. Cream tahini, butter, and sugar.
2. Combine flour and baking powder and add to the cream mixture. Add coffee and mix until combined.
3. Form balls walnut-size, flatten and bake on a cookie sheet (I used a cookie form) for 13 minutes.

Wreszcie weekend! Jest to idealny moment na relaks, na odrobinę dobroci dla siebie i przednia okazja na wypróbowanie tych boskich ciasteczek – z tahini. Są delikatne, kruche, rozpływają się w ustach i zotawiając po sobie boski smak sezamu, powodują, że chcesz więcej. Są też niezwykle łatwe do przyrządzenia. Link pochodzi z Kuchni Alicji, gdzie je znalazłam i gdzie im nie umiałam się oprzeć – Ciasteczka z tahini

Through the Bedroom Window

It was such a lovely Mother’s Day. The idea to celebrate the day picnicking in the park came to me at the eleventh hour. I knew I wanted to take advantage of the fabulous spring weather and not to sit around the table longingly gazing outside. It really worked and everyone expressed similar sentiments, appreciating the downtime with nature, with great company of the close family, with blankets, pillows, freshly baked baguettes, salade Niçoise, and some white wine. I think, all of us had a great time, save the sniffles both of us, S. and I got when the evening settled, but we blamed it on the overzealous plants sending pollen with vengeance after so many days without sunshine. Unfortunately, these were not pollen related sniffles. It’s another miserable cold that got hold of me. The irony is, as I recuperate and recover, getting the bed rest I urgently need, I do longingly gaze outside, through the bedroom window and watch the playful shadows frolicking in the sun without my presence there. Darn.

To był uroczy Dzień Matki. Pomysł, żeby uczcić go na pikniku w parku przyszedł mi na myśl w ostatniej chwili. Tak bardzo chciałam wykorzystać tę wiosenną pogodę, która się u nas wreszcie zadomowiła, a nie z utęsknieniem zerkać za okno, gdy to będziemy uwięzieni w domu, że rzuciłam hasło i wszyscy jednogłośnie przystali. Cieszyliśmy się jak dzieci swoim własnym towarzystwem, beztroskim czasem spędzanym w naturze, z kocem, poduszkami, świeżo upieczonymi bagietkami, salade Niçoise, i białym winem. Myślę, że wszyscy bawili się dobrze, humory dopisywały, no może z wyjątkiem gdy S. i ja zaczęłyśmy kichać i smarkać już dobrze pod wieczór. Nie przejmowałyśmy się tym faktem zbytnio, sądząc, że dają nam w kość kwiatowe pyłki, uwolnione wreszcie w powietrze, po długiej deszczowej wiośnie. Niestety, następnego dnia okazało się, że to nie pyłki, tylko pospolite przeziębienie, które mną ponownie zawładnęło. Ironią losu jest to, że nic innego nie pozostaje mi do zrobienia, jak przymusić się do przeleżenia kilku dni w łóżku, z utęsknieniem zerkając za okno, przyglądając się z zazdrością tym wiosennym swawolom, które dzieją się tam bez mojego udziału.

Love You Mom!

Happy Mother’s Day to our beautiful Moms – Zofia and Barbara – and to all the Mothers in the whole World. Let your every day be as sweet as the sublime scent of the lily of the valley. Love you lots!

Naszym kochanym Mamom – Zofii i Basi – życzę Szczęśliwego Dnia Matki. Chociaż jesteśmy na trochę innym kalendarzu, to oczekiwać możecie ponownych życzeń 26-tego maja. Tymczasem, świętując z amerykańską tradycją, życzę Wam i wszystkim Matkom wszędzie, żeby ten wyjątkowy dzień był tak słodki, jak ten upojny zapach konwalii. Kocham Cię, Mamo!

Related Posts with Thumbnails