Archive for April, 2012...

Pebbles

I hear the call of spring… “Come!”, “Walk with me!” – eagerly, we go out for a walk, though truth be told, weather is not that springy yet. The spring has been coming for a long time this year, it seems, but it hasn’t arrived quite yet. It’s still a tad chilly, damp, and all-together un-celebratory. Nevertheless, we set out for a little beach reconnaissance, to see if spring has made its mark at the seaside, yet. Not particularly, it didn’t! Disappointed, I fall into the safe net of the faithful beach activity, I beach comb. This time pebbles get my attention. I marvel at their shape and colour. With the boardwalk feeling I suddenly achieve, I decide that summer will be arriving in no time.

Wiosna mnie woła: “Chodź!”, “Idź ze mną!” – chętnie, wybywamy na spacer, chociaż prawdę mówiąc, wiosna nadchodzi powoli w tym roku. Ciągle jeszcze jest chłodno, wilgotno i nadal jeszcze nie ma we mnie tej zwykłej wiosennej radości, która zawiaduje mną już na początku kwietnia. Mimo tego ruszamy do White Rock na rekonesans, by zbadać czy wiosna wywarła swoje wiosenne piętno na plaży. Z niedowieżaniem stwierdzam, że nie. Zawiedziona, poddaję się zajęciu, które zawsze pochłania mnie na plaży, przeczesuję z uwagą każdy metr plażowego terenu. Ten jest kamienisty i te kamienie nagle przykuwają uwagę, zarówno kształtem, jaki i kolorem. Ni z tąd, ni z owąd, czuję jakby zapanowało lato, a jesli nie tak zupełnie, to utwierdzam się w przekonaniu, że jest już blisko.

On Entry

Who and what greets you when you come through the door entering your home? Your love, your kid, or is it your dog? I miss the times when F. would run to the door when I came home from work. Nothing felt lovelier than seeing his bright face. These days, when the boy is a man, A. is there almost every time, with a smile and a warm embrace causing my heart to leap. One of the kitties will also come to the door, apparently, hearing and sensing my presence when I’m still making my way up the staircase. But when no one is home, and the kitties are napping, all I see when I enter are memories, life’s moments materialized. They are pictures, old and new, they are objects collected, they are little vignettes that mean nothing to an accidental onlooker, but are infinitely meaningful to me. On a single entry, I catch myself noticing just one one of the things, or focusing on a single picture. The rest of them somehow fades into the background. This one item will grab my attention and will steer my mind to the time and the moment when the event took place. The feeling is both reassuring and soothing. Tomorrow, another sight will take its place, invoking resurgence of new emotions. I rely on that little ritual. Walking through that door says I’m home and my Mom’s smiling face only confirms the notion that I’ve arrived.

Kto Cię wita, gdy otwierasz drzwi? Partner? Dziecko? A może pies? Z tęsknotą wspominam czasy, gdy F. gnał do drzwi witając mnie z promienną buzią. Dzisiaj, A. stoi dzielnie w drzwiach z uśmiechem i ciepłym objęciem, i to wystarczy, żebym poczuła szczęście i zadowolenie z chwili. Również kicia majestatycznie nadchodzi, bo ponoć słyszy i wyczuwa moją obecność na długo przed tym zanim stanę pod drzwiami. Gdy jednak w domu nie ma nikogo, a koty podsypiają, witają mnie wspomnienia. Zmaterializowane w zdjęciach, starych i nowych, w przedmiotach pozbieranych po świecie, nic nie znaczących dla przypadkowego gościa, a dla mnie bedących masą wspomnień i znaczeń. Przy każdym otwarciu drzwi jedna tylko rzecz przykuje moja uwagę, natychmiast przenosząc mnie w przestrzeni i czasie do tego jednego wydarzenia i tej jednej doświadczonej chwili. Wielce kojące jest to uczucie i poddaję się temu rytuałowi z ochotą. Jutro, pewnie inny obiekt wpadnie mi w oko i wrzuci mnie w wir zupełnie nowych emocji. Ta wycieczka w czasie jest sygnałem, że jestem w domu a uśmiech Mamy ze zdjęcia tylko mnie upewnia, że dotarłam.

Collections:  Medicinal Bottles

I know it’s spring and my mood should be more cheerful, but there was nothing, but rain for the last week, with overwhelming gloominess all around that even birds’ resolute chirping couldn’t interrupt. I could get inspired neither for photography, nor writing. Actually, I was more inclined and quite ready for long naps, which were then followed by general broodiness and unwillingness to engage. However, one ought to break one’s uneasy routine at some point, so today, I’ve decided to pick up the camera and do, and say, something.
Since I collect small, non-essential objects I don’t need, regardless of how sad or how happy I am, there is usually a stash of things of common attributes, and eventually, they become a little collection of mine. One of such stashes consists of small medicinal bottles that I can’t resist when I see them at flea markets or second-hand stores. They don’t serve their intended purpose anymore, but they work brilliantly as tiny vessels for flowers. They are the cutest bud vases with a vintage twist.
It’s interesting that flowers don’t need sunshine to look their best, contrary to people, I might add. I n*e*e*d my sunshine! Tomorrow, perhaps? Please!

Wiem, że jest wiosna i powinnam tryskać optymizmem, tymczasem już od tygodnia leje deszcz i otacza mnie przytłaczająca ponurość, której nawet śpiew ptaków nie jest w stanie zakłócić. Nic więc dziwnego, że ani aparatu do ręki nie wzięłam, ani do pisania mi nie było śpieszno. Namówić mnie można było jedynie na długie drzemki, po których następował czas na humory i niechęć do zadawania się. Przychodzi jednak chwila na przełamanie nieszczęsnej rutyny i dzisiaj stanęłam gotowa na zdjęcia i kilka słów.
Jako, że kolekcjonuję małe, do niczego nie służące przedmioty, których to nie potrzebuję, ale i tak oddaję się temu zbieractwu, bez względu na to, czy pada deszcz, czy świeci słońce, to znajdzie się zwykle stosik rzeczy, które w końcu stworzą małą kolekcję. Tak jest też ze zbiorem butelek po lekarstwach, których wypatruję na pchlich targach. Nie służąc już zadaniu, któremu kiedyś były przeznaczone, przeistoczyły się w małe, sprytne wazoniki i najlepiej prezentują się w nich pojedyńcze, niepozorne kwiatki. Kwiaty, ewidentnie, nie potrzebują słońca by wyglądać uroczo w każdych warunkach, za to ludzie jednak tak. Potrzeba mi słońca!!! Może już jutro, dobrze? Poproszę!

Of Flowers

Sometimes long is too long. Such was the case with my absence from this little place of mine. Trips, travel, spring break, Easter, birthdays, socializing and them some, all threw me off and kept me away. I didn’t mind at first, but then, and this is when ‘long is too long’, coming back to the routine appears the most difficult thing of all. How do you make up for the lost time? Do you brief and summarize, or rather, you ignore and jump in, as if nothing happened, pretending you haven’t really been away. But I have, and things have changed a little since my last time here. We spent the spring break in the sunny Arizona, which was good to my soul. We came back to the rainy British Columbia and that darkened my mood. Late nights with friends and family became frequent and they made getting up at 6 o’clock in the morning to go to work an extreme effort. Days have lengthened. I am a year older. Flowers, once more, fill every nook and cranny of my home. I’m back!

Tak długo, tak wiele! Tak, w skrócie, powinnam wytłumaczyć swoją tutaj długą nieobecność. Wycieczki, podróże, przerwa wiosenna, Wielkanoc, urodziny, spotkania – wszystko to trzymało mnie z dala od Majologii i było na początku wygodną wymówką na lenistwo i brak twórczej weny. Przyszedł jednak moment, bo ten zawsze nadchodzi, że “długo” okazało się “za długo” i wtedy też nastała chwila na powrót i chwila na prawdę. Chwila na powrót do rutyny i chwila na znalezienie z tego powrotu satysfakcję. Czy nadrabiać straty skrótowym felietonem, czy udawać, że nic się nie zmieniło od ostatniego razu? Jednego jestem pewna. Przerwa wiosenna w słonecznej Arizonie była zbawienna dla duszy. Powrót do deszczowego Vancouver wyhamował nieco mój optymizm. Częste, późne wieczory w towarzystwie przyjaciół i rodzinki uczyniły wstawanie do pracy o 6-tej rano czystą torturą. Dni są dłuższe. Postarzałam się o rok. Kwiaty, na nowo, wypełniły każdy kąt w domu i już nigdzie nie idę.

Happy Easter

I wish you Happy Easter. I thought, I could make this wish sound really special, but the language fails me. To me, it’s one of the happiest moments of the year, because spring is here and I can’t contain myself at the possibilities that this life renewal offers. Therefore, whether you celebrate Easter, or not, and whichever is your wish, I hope you experience these spring days in a very special way and you’ll enjoy this simple bouquet of desert spring wildflowers I picked up especially for you.

Wesołych Świąt! Trudno uwierzyć, jak bardzo nie od serca brzmią te życzenia. Chciałam Wam złożyć najbardziej oryginalne z wielkanocnych życzeń, a niestety, brakuje mi słów wypełnionych znaczeniem. Wielkanoc jest jednym z najszczęśliwszych dni w roku, bo obecność wiosny czyni je tak wyjątkowymi, że trudno mi opisać euforię odczuwaną na myśl o potencjale jaki ta wiosenna odnowa za sobą niesie. Więc czy świętujesz Wielkanoc, czy też nie, i jakie by nie było to Twoje świąteczne marzenie, życzę Ci, żebyś doświadczył(a) tych kilku nadchodzących wiosennych dni w wyjątkowy sposób. Z nadzieją, że polubisz, podsyłam Ci ten prosty bukiecik pustynnych polnych kwiatków, zebranych specjalnie dla Ciebie na tę okazję.

Doubt No More!

Spring is really here!

Już nie wątpij. Wiosna naprawdę jest już z nami!

Red Sedona in White

As you know, while in Arizona for the spring break, we had some family and friends for company. Feeling a tad sluggish and morose after days of nothing more but basking in the sun, cooking, and eating, we’ve decided we’d go for a nice little excursion to Sedona, where we’d hit some serious hiking trails. Still in Phoenix, we’ve taken notice that the weather turned unseasonably cold all of the sudden, but we’ve never thought we’d be met by lots of snow in Sedona. None of us thought of checking the weather forecast, thus we entered the Red Town enveloped in snow and looking gorgeous. The only downside was the fact that all hiking trails were closed down due to the snowfall. We managed to drown our dissapointment in a couple of local micro-brew pints over lunch and snapped a few rewarding pictures. This one is a panorama composed of three shots taken from the Sedona airport lookout.

Jak wiecie, przerwę wiosenną spędzaliśmy w Arizonie, gdzie to gościliśmy brata A. i przyjaciół. Po kilku dniach wygrzewania w słońcu, gotowaniu i jedzeniu, zaczęliśmy odczuwać letargię i poważny brak ruchu. Wpadliśmy więc na pomysł na wyjazd do Sedony po to głównie, żeby pochodzić po górach. Żadnemu z nas do głowy nawet nie przyszło, żeby sprawdzić prognozę pogody, mimo że temperatury w Phoenix nagle spadły poniżej sezonowych. Jak więc zajechaliśmy do Sedony, to przywitani zostaliśmy przez miasto, w całej swojej urokliwej czerwoności, spowite kołdrą śniegu i wyglądające śicznie. Niestety, śnieg spowodował zamknięcie wszystkich górskich tras, bo czerwona glinka płynęła pod nogami i na chodzenie po górach było zbyt niebezpiecznie. Pozostało nam utopić zawód w kiku kuflach lokalnego piwa przy lunchu i zrobić parę fajnych zdjęć. To powyżej jest panoramą skomponowaną z trzech kadrów zrobionych na punkcie widokowym na lotnisku w Sedonie.

Love Lemons Muffins

You know I’m a reluctant pastry baker. I rarely succeed, usually fail, occasionally make something worth of a notice. And these are notice-worthy, I tell you. I wouldn’t have ventured into another bout of futile baking if it weren’t for a whole full basket of freshly picked lemons, delivered to our doorstep by our Mexican-Salvadorian friend-neighbours. The lemons were huge, fragrant, and attention grabbing, so the first thing we did, we peeled them all and made (are making) some excellent limoncello out of them. The naked lemons sitting in the fridge begged for some decent treatment and the best I could come up with were these ‘Love Lemon Muffins’. See if you like them.


Wiecie już, że nie wypiekam ciast z zamiłowania. Rzadko odnoszę sukces, zwykle kończy się fiaskiem, i tylko czasami uda mi się upiec cos godnego uwagi. A te oto mufiny dla miłośników cytryny są tej uwagi godne. Nie zadałabym sobie trudu pieczenia, gdyby nie to, że cały kosz świeżo zerwanych cytryn wylądował nam na progu, dzięki życzliwości naszych meksykańsko-salwadorskich sąsiadów. Cytryny były ogromne, pachnące i totalnie przykuwające uwagę, dlatego też pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, było obranie ich ze skórek i nastawienie limoncello. Jednak gdy spoczywały w lodówce takie obnażone, błagające o bardziej godne traktowanie, jedynym pomysłem jaki mi przyszedł do głowy, były te mufiny dla miłosników cytryny. Sprawdźcie, czy przypadną Wam do gustu.


Related Posts with Thumbnails