Archive for January, 2012...

Bread Baking Buddies:  Cuban Bread

We’ve been invited again to the kitchens of the famous Bread Baking Babes to bake a rather curious loaf of bread this month. Ilva of Lucillian Delights has chosen this Cuban bread, for the monthly bake-off, from the “Complete Book of Breads” by Bernard Clayton. I, as most likely every other Bread Baking Buddy, paused for a moment and pondered the baking advice. Adding hot water for the dough or placing the breads in the cold oven seemed to go against every fiber of this amateur baker’s body, but I did it anyhow. Well, almost, as I instinctively, pre-heated the oven only to re-read the recipe and suddenly remember that the oven needed to be cold. It turns out the Cuban bread is very forgiving and it didn’t mind much being placed in the warm oven instead. It still rose dutifully, took on the brown and golden hues, and finally lent itself to a very tasty lunch, all in less than two hours. So please, don’t hesitate, visit Ilva’s blog, follow the well written recipe, and bake this bread starting now. You’ll enjoy it with your next meal, whatever that meal might be. It’s that fast and that versatile.


Pin It

Wprosiłam się dzisiaj to kuchni sławnych Bread Baking Babes by piec z nimi trochę niezwykły chleb. Ilva z Lucillian Delights wybrała ten kubański chleb, jako chleb miesiąca, z książki Bernarda Claytona “Kompletna Księga Chlebów”. Ja, i prawdopodobnie każdy inny piekarz amator wstrzymał oddech na moment widząc, że przepis nakazuje połączenie mąki i drożdży z gorącą wodą, oraz wstawienie bochenków do zimnego pieca. Wszystko przemawiało za tym, że będzie to następne chlebowe fiasko, a tutaj okazuje się całkiem coś innego. Przede wszystkim, z rozbiegu i bez zastanowienia nagrzałam piekarnik. Mimo takiego faux pas, chlebki wyrosły, nabrały rumieńców i jeszcze zawitały na stole akurat na czas lunchu. Okazuje się, że ten chleb jest całkiem odporny na błędy piekarza i do tego jeszcze jest gotowy w przeciągu dwóch godzin. Nie daj się więc dłużej namawiać, a jeśli potrzebujesz tłumaczenie przepisu, daj mi znać bez zwłoki.

Flowers for the Year

Flowers are on my mind. On Sunday, I searched four different garden centres for spring flowers, and guess what, nothing, nowhere. All I heard was: “It’s too early”. How come then I’m in such a need for colourful blooms around me? Not willing to wait, I’ve compiled some of my flower images into a calendar collage. Hope you enjoy it!


Pin It

W głowie mam tylko kwiaty. Kwiaty, których nie ma jeszcze w sklepach. Ogrodnicy zgodnie twierdzą, że stanowczo na nie za wcześnie. Dlaczego więc tak tęsknię za czymś co by kwitło i może nawet trochę pachniało, skoro nie jest jeszcze na to pora? Nie zamierzam czekać, więc na prędce złożyłam kolaż w kwiatów, które fotografowałam przez cały zeszły rok. Mam nadzieję, że ten kwietny kalendarz cieszy oko!

How to Explain…

It must have been one possessed sandwich maker to paint the handles of all these spread knives in the many colours. I have nothing but admiration for such a level of culinary equipment commitment, so I didn’t hesitate to grab the bag of these utensils while in the neighbourhood thrift store. Actually, the trip to this store was the one and only venture outside. Hard to believe, but our return to Vancouver coincided with the rare occurance of the massive arctic air system that parked itself over the city keeping everyone in check with snowfall, snow drifts, sub-zero temperatures, and maniacally icy-slick roads. I don’t remember the last time I felt my body was turning into an icicle (O.K., I do, hello Montreal 1991!), so this is the close second. Back to the knives then. How cool is it to have all these amazing colours to play with. Now some bread baking needs to happen, followed closely by some food photography. And I better do it fast, because if I continue letting a full week slide between the posts, soon enough, I’ll lose you all, my friends. I hope it won’t come to that. Have a relaxing Sunday!

Gdybym miała zgadywać, to pomyślałabym, że musiał to być jakiś zapalony właściciel sklepiku z kanapkami, który przemalował rączki tym wszystkim kanapkowym nożom. Jestem jednakowoż pełna podziwu dla takiego poświecenia sprzętowi kuchennemu, więc kiedy natknęłam się na torbę wypełnioną tymi kolorowymi nożami w sklepie ze starociami, to nie zawahałam się nawet przez chwilę, żeby je zakupić. Przyznaję jednak, że wyprawa do tego sklepu była jedyną na jaką się zdecydowałam (poza dojazdami do pracy) przez cały długi tydzień. Nasz powrót do Vancouver z Phoenix nałożył się z bardzo rzadkim napływem arktycznego powietrza z północy, który tkwił nad nami przez całe pięć dni, trzymając nas w ryzach obfitymi opadami śniegu, zaspami, temperaturami dużo poniżej zera i diabelsko śliskimi drogami. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi tak zimno… O.K. – pamiętam, Montreal w 1991 roku, ale tych kilka ostatnich dni śmiało może z montrealską pogodą rywalizować. Wracając do noży, fajnie jest mieć je w zasięgu ręki, to i może wreszcie upiekę jakiś nowy chleb, i może też go obfotografuję z nożykami w formie rekwizytów. Dobrze też byłoby, żebym uczyniła to wkrótce, bo jak będę się tak ociągać z pisaniem na blogu, to stracę ostatniego czytelnika. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, wybaczcie więc to długie milczenia. Życzę Wam tymczasem spokojnej niedzieli.

Bye, Bye Lavender

It’s time, finally, to leave Arizona for a few months and time to go back home. I’m not particularly looking forward to returning to the damp Vancouver weather, but the lavender is making up for the sadness of our departure, bidding us goodbye by maintaining it’s veracious blooms. Keep it up, gorgeous, I’ll be back soon!

Wreszcie nadszedł czas powrotu do domu i czas pożegnania Arizony na kilka miesięcy. Niezbyt cieszy mnie powrót do dżdżystego Vancouver, ale na szczęście, lawenda rekompensuje mi smutek rozstania, kwitnąc bez opamiętania, i tym miłym gestem mówiąc mi ‘do zobaczenia’. Kwitnij dalej, ślicznoto, bo wracam tu już niebawem!

The Sun Harvest

The citrus is all around. The bright yellow and orange globes punctuate the landscape wherever you look. I never knew how oranges should taste, until I ate one straight from the tree. Love having this opportunity to go to a nearby orange grove and get for breakfast freshly picked… Navel oranges, or lemons, or tangelos, or kumquats – or whichever strikes my fancy.

Cytrusy są wszędzie. Żółte i pomarańczowe owale naznaczają teren słonecznym blaskiem gdziekolwiek nie popatrzysz. Tak naprawdę, to nigdy nie wiedziałam jak smakuje pomarańcza dopóki nie spróbowałam jednej prosto z drzewa. Zadziwia i raduje mnie fakt, że mamy taką niesamowitą okazję wstać rano i udać się do pobliskiego sadu pomarańczowego by zerwać na śniadanie pomarańcze, albo cytryny, albo tangelo, albo kumkwaty – lub czego dusza zapragnie.

How to Make Authentic Flour Tortillas?

Honestly, I don’t know. I couldn’t tell you for the life of me, though I was absolutely mesmerized by the process. I even attempted to form one, but it tore into pieces before I could catch the torn dough fragments. You see, where we went in Mexico, the flour tortillas are still traditionally made by hand and baked over a hot stone. The dough is all kneaded by hand and formed into tens of small balls. Then, the balls are flattened by fingers, in a circular motion, round and round, but it looks way easier than it is to make one with your own untrained hands. I bragged about my bread-making skills and the women welcomed my abilities at tortilla making, but it was a sorry mess. To make them as thin as these women made them seems impossible. You can see through the thin layer of the dough, but the dough doesn’t tear, defying the physics laws in existence. And yes, they taste impossibly good, right from the stone – the peasant food at it’s best.

Jak zrobić autentyczne tortille z mąki??? Niestety, nie umiem Wam powiedzieć, chociaż byłam na ten proces wyeksponowana i totalnie nim zafascynowana. Nawet spróbowałam uformować jedną taką tortillę, ale rozerwałam ją na strzępy zanim mogłam pojąć co robię źle. W tym regionie Meksyku, gdzie zawitaliśmy na Nowy Rok, tortille robi się nadal ręcznie i piecze na kamieniu rozgrzanym nad ogniem. Ciasto na tortille jest wygniatane ręcznie, formowane w małe kulki i nastepnie wyrabiane w cienkie placki, przez ugniatanie palcami i obracanie placka wokół własjnej osi, w kółko, bez końca prawie, aż uformuje się płachta tak cienka i przezroczysta, że aż uwierzyć nie można, że prawa fizyki na to pozwalają. Oczywiście, wygłada to łatwiej, niż jest to do zrobienia, bo ja nie szczycąc się skromnościa, pochwaliłam się, że na cieście się trochę znam, bo przecież piekę chleby, więc panie Meksykanki w oka mgnieniu włożyły kulkę z ciasta w moja dłoń, ale prawie natychmiast ciasto rozpadło się w dziesiątki cieścianych strzępów i to był koniec mojej tortillanej kariery (ku uciesze wielu obecnych kucharek, śmiem dodać). Naprawdę, zrobić taką tortillę tak cienką jak one to robia wydaje się absolutnie niemożliwe. No it tak, ich smak tkwi w pamięci długo, niemożliwie smakowite, takie prosto z kamienia są jedną z tych prawdziwie chłopskich potraw, których receptory smaku juz nigdy nie zapomną.

Found Beauty

The Mexico trip was truly multidimensional. On one level, there was I, uneasy, at best, trying my earnest to fit in, and at last, finding comfort in things unfamiliar, opening myself to newness that surprisingly felt like my second nature, eventually. But there was one aspect that was easy for me – having the dozen, or so, of kids around at all times, following us everywhere, consequently, having us convinced, they were our own, needed to be cared for, even loved… The feeling emboldened me to shoot some face close-ups, but portraits are something I stray away from, so these are meager attempts. Still, just because I got so accustomed to these gorgeous faces in a few days we stayed there, they now feel like a new-found beauty.

Nasza meksykańska podróż okazała się być prawdziwie wielowymiarowa. W bewzględnym wymiarze widzę siebie, niezbyt swobodną, ciągle próbującą przystosować się do warunków, i w efekcie, otwierającą się na nowe doświadczenia, które w końcu wpasowały się w moją introwertyczną naturę. Była jednak jedna strona całego doświadczenia, która nie zawadzała wcale – dzieci, kilkanaścioro… a czasami więcej, ciągle pod ręką, podążających za nami gdziekolwiek byśmy nie poszli, przekonujących nas, że trzeba o nie dbać i zabiegać. Tak dobrze czułam się z tymi dziećmi pod ręką, że nawet odważyłam się na kilka portretów, coś czego zwykle unikam z godną podziwu premedytacją. Tak przywykłam do widoku tych pięknych twarzy, że dzisiaj już tęsknię za nimi.

New Year’s Fiesta Ranchero Style

Our trip to rural Sonora in Mexico for the New Year’s celebration was like stepping back in time to a simpler, well… a very simple way of life. A thre-hour drive from the US-Mexico border to a small town of Cumpas took us through surprisingly green desert and grasslands. The town itself was a cluster of very small houses, all tucked together, joined by the grid of narrow dirt roads. ‘Rustic’, doesn’t even hint at the conditions we were greeted by. I admit, I was a bit intimidated by the harshness of the demands of the rural Mexican people’s life. The rigorous terrain, the unforgiving cold of the desert nights, and the scarcity of paying work all contributed to my panicked feeling when we arrived at the destination. But it didn’t take me long to realize that the resilience of the human spirit surpasses most of the obstacles people face, as they go about their life, content and happy regardless of the reality that surrounds them. And this small town was no exception. I was delighted to meet people quickly breaking into smiles, people readily responding to any curious question of ours, kids laughing incessantly at our timid attempts to speak Spanish, and cowboys proudly displaying their newly-polished cowboy boots awaiting the New Year Eve’s dance, feet readily tapping at the sounds of Latin music blaring from boom boxes everywhere, promising major party later in the evening. And what party it was! We were invited to a ranch, owned by the family of the friends we traveled with, where a cow had been slaughtered for the occasion and where lots of family and friends congregated to greet the New Year. I’ve decided not to include in the collage any images pertaining to the feast we’ve participated in, as some of them they had to do with the animal that was killed and I realize there are people who might be bothered by the arduous process. Let me just state that though it was difficult for me too, to endure some of the imagery, I understood the demands and the ways of the rancher’s life and I simply did not judge. Hope, you won’t either. There was certain charm in how the punishing work of a cowboy translated into the unrestrained joy of the fiesta and the passionate appreciation of a short, careless moment. Carpe Diem Latin style!

Nasza noworoczna wycieczka na meksykańską wieś w regionie Sonory była jak cofnięcie się w czasie. Trzygodzinna podróż samochodem w głąb pustyni po przekroczeniu amerykańsko-meksykańskiej granicy prowadziła przez zaskakująco zielone pustynne stepy do małego miasteczka – Cumpas. Sama miejscowość przypominała raczej skupisko ciasno usadowionych, małych domeczków, połączonych siecią piaskowych dróg. ‘Rustykalny’ – to słowo nie opisuje warunków życia jakie tam zastaliśmy. Przyznaję, że byłam nieco onieśmielona trudnością codziennego życia z jaką borykają się Meksykanie na takiej oddalonej od turystycznego tłoku wsi. Tereny, nie łatwe do uprawiania, klimat z minusowymi temperaturami w nocy i dzienną amplitudą ponad 30ºC, oraz powszechny brak pracy, wszystko to przyczyniło się do mojego wszechobecnego poczucia paniki w momencie kiedy dotarliśmy na miejsce. Oczywiście, nie trwało to długo, żebym zrozumiała, że ludzka przedsiębiorczość i odwaga szybko są w stanie pokonać wszelkie życiowe przeszkody, powodując, że ludzie stawiają czoła codziennym wymogom bez narzekania, bez względu na to jaka jest ta rzeczywistość, która ich otacza. Ku mojemu zdziwieniu, twarze napotykanych ludzi natychmiast rozpromieniały się w uśmiechach, każdy z nich gotowy opowiedzieć dumnie o swoim życiu, dzieci wybuchające śmiechem na nasze próby używania hiszpańskiego, kowboje dumnie eksponujący wypolerowane kowbojskie buty, wyczekujący niecierpliwie noworocznej potańcówki we wsi, przytupując w pełnej gotowości do dźwięków latynoskiej muzyki ryczącej ze stereo z każdego zakątka wsi – zapowiedź fantastycznego noworocznego przyjęcia. Oj, i było to przyjęcie! Zostaliśmy zaproszeni na ranczo, do rodziny znajomych, z którymi wybraliśmy się na tę wycieczkę, gdzie punktem programu całej imprezy było zabijanie krowy na tę okazję, i gdzie zjechały całe zastępy rodziny i przyjaciół, by przywitać wspólnie Nowy Rok. Świadomie podjęłam decyzję by nie załączać żadnych zdjęć w powyższym kolażu z samego procesu przygotowania jedzenia na fiestę, bo rozumiem, że mogą one być przykre dla co poniektórych z moich czytelników. Pozwolę sobie jednak stwierdzić, że chociaż pewne sytuacje były i dla mnie trudne do zaakceptowania, to rozumiem wymogi życia meksykańskiej wsi i szanuję decyzje podjęte przez ranczera, by zapewnić stabilną codzienną egzystencję sobie i rodzinie. Mam też nadzieję, że i Wy rozumiecie, bo niezaprzeczalnie, miał miejsce tam na tej wsi otoczonej pustynią pewien urok kowbojskiego życia, pełnego pracy, która łamie grzbiet, ale też zostaje zapomniana gdy fiesta jest na widnokręgu nawet jeśli ta fiesta trwa tylko przez krótki pełen pasji moment. Carpe Diem po latynosku!

Related Posts with Thumbnails