Archive for November, 2011...

How I Get to Know the Desert Wildflowers

Little by little, I get a bit more acquainted with the flowers that live in the desert. The summer has passed, the time when they were scarce. But now, when apparently the rainy season is upon us, they re-appear. I smile, no, I smirk. Rainy season? Have these Arizonians ever been to the Pacific Northwest? But I digress. As the rainy season starts, so the desert plants grow vivaciously and they bloom eagerly. The ground looks still thirsty for water. But only to me, the untrained, the unfamiliar soul.

Powoli, zaczynam zapoznawać się z pustynnymi kwiatami. Lato już minęło w Arizonie, czas kiedy kwiatów na pustyni nie ma. Teraz, gdy nastała pora deszczowa, pojawiają się na nowo. Wybaczcie, ale nie umiem przejść do porządku dziennego nad tą “porą deszczową”. Doprawdy, żaden deszcz jakiego tutaj doświadczyłam, nie kojarzy mi się z porą deszczową. Ci Arizończycy oczywiście muszą nie wiedzieć co to znaczy deszcz w Vancouver. No ale zboczyłam z tematu. Otóż, jako że pora deszczowa zawitała, to i pojawia się pustynna roślinność i zaczyna zakwitać z rozmachem. Ziemia nadał wygląda na stęsknioną za deszczem, ale tylko mi się tak wydaje, duszy nie wytrenowanej jeszcze w pustynnych prawidłach.

Vive l’Aubergine!

I like the vegetable a lot, cook it often, but rarely serve it when we have company. I find that many people have the love-hate relationship with this plant. Hoping to ameliorate some of the eggplant animosity that’s out there, I’d like to introduce to you this very tasty Italian antipasto recipe. I don’t remember the dish at all from the time we lived in Italy. I guess, we were too young, too freshly transplanted to a new country, too unrefined in our tastes to appreciate it. But I remember it well from the few subsequent trips. The dish is commonly one in the selection of many antipasti that you can pick and choose from in multiple restaurants, as a prelude to your main meal. When taking your share of the antipasti, be reminded that you pay by weight, and as tempting as the dishes are, they also end up quite heavy on your wallet. So delay no more and make this antipasto yourself with very little money, but just a bit of your culinary effort.

Grilled Eggplant Antipasto
The beauty of the preparation of this dish is that you can make it entirely to your own taste. Every ingredient comes in the amount that suites your taste buds. It’s that simple!

Ingredients:
2 medium eggplants, sliced lenghwise in 0.5″ (1cm) slices
fresh chives, finely chopped
fresh oregano, finely chopped
garlic clove(s), minced
dry hot chili pepper, crumbled
extra-virgin olive oil
salt and pepper to taste

Method:
1. Sprinkle salt on all eggplant slices and leave them resting on a paper towel for at least an hour (or more).
2. Heat your grill to high. (You may choose to broil the eggplant in the oven).
3. Dip each eggplant slice in olive oil and then grill on both sides until grill marks are nicely impressed into the slices. Transfer to a bowl.
4. Cut the grilled eggplant into 0.5″ (1 cm) strips.
5. Add all the remaining ingredients and mix well.
6. Let sit in room temperature for one hour before serving as an antipasto with some crusty bread. Will keep in the fridge for up to 4 days, getting tastier with every passing day.

Enjoy!

Psianka podłużna??? Nie, nie, pozostaniemy przy oberżynie, albo jak niektórzy ją nazywają – bakłażanie. Lubię ją bardzo, przyrządzam często, niestety, rzadko podaję, gdy mamy towarzystwo do obiadu. Okazuje się, że ludzie albo kochają, albo nienawidzą to warzywo. By uleczyć te zranione oberżyną dusze, a może nawet nawrócić co jakiegoś zaprzysiężonego przeciwnika tego warzywa, proponuję przepis na włoskie antipasto z grylowanej oberżyny. Nie kojarzę tego dania z czasów, gdy mieszkaliśmy we Włoszech. Podejrzewam, że byliśmy zbyt młodzi, zbyt nawykli do naszej polskiej kuchni, lub też nie wyrafinowani wystarczająco, żeby docenić jego walory. Pamiętam tę przystawkę jednak z późniejszych wizyt we Włoszech. Najczęściej serwowana jest jako jedno z wielu wstępnych dań, którymi Włosi rozpoczynają posiłek. Należy pamiętać, że gdy wszystie te cudne przystawki kuszą kolorem i zapachem, to sprzedawane są na wagę i, niestety, szybko górują cenę restauracyjnego posiłku. Zatem nie zwlekaj, tylko przyrządź tę recepturę własnymi rękami za małe pieniądze i tylko za odrobinę czasu i kuchennego wysiłku.

Przystawka z grilowanej oberżyny
Urok tego dania polega na tym, że przyrządzasz go całkowicie według własnego smaku. Dodaj każdego składnika tylko tyle, albo aż tyle, by dogodzic własnym gustom. Taki to prosty przepis!

Składniki:
2 średnie oberżyny, skrojone wzdłużnie na 1-centymetrowe plastry
świeży szczypior, drobno pokrojony
świeże oregano, drobno pokrojone
ząbek (lub ząbki) czosnku, przeciśnięty przez prasę
suszone ostre chili, pokruszone
oliwa z pierwszego tłoczenia
sól i pieprz do smaku

Sposób przyrządzania:
1. Posyp płaty oberżyny lekko solą i pozostaw na przynajmniej godzinę.
2. Zagrzej gryl do wysokiej temperatury. (Można również upiec oberzynę w piekarniku).
3. Obtocz każdy plaster oberżyny w oliwie i gryluj aż do momentu kiedy pojawią się brązowe pręgi od gryla. Przełóż upieczoną oberżynę do miski.
4. Pokroj oberżynę w centymetrowe paski.
5. Połącz z pozostałymi składnikami i dobrze wymieszaj.
6. Pozostaw w temperaturze pokojowej na godzinę, po czym serwuj z chrupiacym chlebem. Można trzymać w lodówce aż przez 4 dni (jeśli nie zostanie zjedzona wcześniej), a z każdym dniem oberżyna będzie smakować coraz lepiej.

Smacznego!

Like This Smiling Pig…

… I would be quite content living on a farm. As a city girl throughout most of my life, definitely since I was 7 years old, it astonishes me how amazing it is and how at home I feel whenever I venture into a country living situation. All my dormant farmer’s senses are awaken rapidly whenever I smell the manure or hear roosters calling. I’m convinced that if ever we move again, I’ll be surrounded by happy chickens, smiling pigs, snorkeling ducks, and a goat or two.

Tak jak ta uśmiechająca się świnia, najlepiej czuję się na wsi. Jako że oficjalnie jestem “miastowa dziewczyna”, przynajmniej od siódmego roku życia, to dziwi mnie bez końca, jak to jest, że czuję się jak w domu za każdym razem jak wyląduję na wsi. Wszystkie uśpione miejskim życiem receptory doznają raptownego przebudzenia, gdy poczuję te nie każdemu miłe wiejskie zapachy nawozu, gnojówki, albo odgłosy muczących krów, lub piejących kogutów. Przekonana jestem, że jeśli kiedykolwiej będzie nam jeszcze dane się przeprowadzić, to otoczą mnie tylko szczęśliwe kurczaczki, uśmiechające się świnki, kaczki płetwonurki i pewnie nie tylko jedna koza.

Cotton

The first time I saw a cotton field near our house in Arizona, I couldn’t quite connect what it was. It was exactly a year ago and we were house hunting, being driven around lots, and curious to learn about the region. When it finally dawned on me what it was, I thought it must have been a mistake. Mississippi, Louisiana, Georgia, these states surely were invoking cotton fields in my head, but Arizona? As it turns out, there are plenty of cotton fields around, and presently as harvest is in full swing, they are glorious in their cottony fluffiness. I couldn’t help but get a few branches for decorating. Now, if only I knew how to spin!

Pierwszy raz, gdy ujrzałam pola bawełny w pobliżu domu w Arizonie, nie było to oczywiste dla mnie, co to jest. Było to dokładnie rok temu. Przyjechaliśmy do Arizony by kupić dom i byliśmy obwożeni po okolicy, rozglądając się z ciekawością, bo chcieliśmy zdobyć wiedzę na jej temat jak najszybciej. Gdy wreszcie dotarło do mnie co to za roślina, to nie mogłam uwierzyć. Stany jak Mississippi, czy Louisiana, albo Alabama kojarzyły mi się bawełna natychmiast, ale Arizona? A jednak. W zasadzie to otoczeni jesteśmy bawełnianymi polami, a ponieważ właśnie trwają zbiory, to pola obłożone są tą cudną puszystością. Jak tu oprzeć się takiemu zjawisku? Nie wiem, w ruch więc poszły nożyce i oto jestem w posiadaniu kilku puszystych gałązek do
dekoracji. Teraz jeszcze tylko nauczyć się prząść.

Kitchen Blues

I should know something about decorating with blues. I once made a not-so-smart decision to paint our bedroom blue. Two things became clear after that: 1 – a paint chip shouldn’t replace your paint testing; 2 – blue can be overzealous when put uniformly on all the walls. This bit about it inducing tranquility and peace of mind did not work for me. Four days into the paint job, I badly wanted to repaint. I made a mental note to avoid blue going forward and with fervent determination started banning the colour from any other room in the house. I packed away dishes if they happened to be blue, hid the tea towels, curtains, linens with any hint of the colour, actually any unfortunate piece of fabric dyed in blue was destined for storage. I grew a stash of blue accessories with remarkable efficiency and I seriously considered donating the goodies when unexpectedly the idea to purchase a house in Arizona was born and my blue problem solved itself. I revisited the concept of decorating in blue and decided to test drive it in the kitchen. Just accessories, mind you, white paint ruling and I kind’o like it. I’m not at all blue because of the blues ((*_*)).

Powinnam coś nie coś wiedzieć o dekorowaniu na niebiesko. Kiedyś popełniłam błąd wymalowania sypialni w tym kolorze i natychmiast stałam się mądrzejsza w dwóch kwestiach: 1 – papierek z próbką koloru nie powinien zastąpić przetestowania farby na żywo z pędzlem i kilkoma warstwami; 2 – niebieski staje się nieco nadgorliwy, gdy naniesiony na wszystkie ściany. To, że niby działa uspokajająco to mit. W moimi przypadku reakcja była przeciwna, bo krew mi się w żyłach burzyła przy każdym wejściu do sypialni, i juz po czterech dniach gotowa byłam na przemalowanie. Zrobiłam postanowienie, żeby w przyszłości unikać koloru za wszelką cenę i z dużą dozą determinacji wprowadziłam zakaz na niebieskości w całym domu. Spakowałam naczynia, pościel, serwetki i ścierki, jeśli tylko przedmiot napiętnowany był tym nieszczęsnym kolorem, to lądował w kartonie. W krótkim czasie uskładałam poważny stos tych dobroci i już chciałam to wszystko oddać do sklepu z rzeczami z drugiej ręki, kiedy wpadł nam do głowy pomysł zakupu domu w Arizonie i mój niebieski problem rozwiązał się sam. Gdy przyszło do meblowania i dekorowania domu, nasza kuchnia wyposażyła się praktycznie sama. Niebieski akcentuje swoja obecność dość wyraźnie, ale tylko w dodatkach, bo rządzi tu jednak biała farba i ku mojemu zaskoczeniu, nawet mi z tym kolorem się dobrze żyje.

Collections – Wooden Spools

I haven’t been around, I know. This has caused me some significant stress, believe me. Life became so demanding all of the sudden. All the daily routines went out the window as I was receiving house guests, endlessly entertained, cooking dinners for friends and family, had an accident at work, and then relentlessly packed to get us to Arizona again, which finally allowed me to take a deep breath and to park myself in front of this laptop to talk to you again. And this, curiously, feels so very right. I have to say, to be away from all the action that my life has become, is a luxury. Suddenly, everything slowed down and I manage to get my thoughts straight and have some clarity about what I want to do and say here – the two things that were hard to come by in the last few weeks of my existence. But here I am tonight, relaxed, in the most positive frame of mind, ready to share my thoughts again. But first let me talk about the picture you see in this post. It’s somewhat unrelated to what’s happening right now, but I took it a while back with the intention to continue my Collection series, but I’ve never had time to post it. I badly wanted to tell you about this quirky thing that consumes some of my free time, collecting these wooden spools. I do it for two reasons: mainly, because of the nostalgia I feel, as this is what I remember the sewing was once all about. Wooden spools used to be so common, but not anymore. And this leads me to the second reason why I care for them so much. They are hard to come by. Since I can’t just go to the store to buy them, I hunt them down in second-hand stores and this, as you rightfully suspect, is a process, a long one. It requires patience and persistence, but I’ve managed to get my hands on a few of them and this delights me majorly. The colours present unending photo op possibilities. They are so wonderfully textural, the wood, the threads, the hues, and the tints present abundant inspiration, don’t you think? Aren’t they incredibly photogenic?

Długo mnie tu nie było, wiem. I wierzcie mi, stresował mnie ten fakt bez końca. Życie nagle stało się takie skomplikowane. Wypracowane i wypieszczone, codzienne rutyny wyfrunęły przez okno, gdy to przyjmowałam gości, podejmowałam obiadami, byłam ofiarą wypadku w pracy i na koniec, pakowałam nas do Arizony jakby całe moje życie od tego pakowania zależało. Na szczęście, jak już wczoraj tu wylądowaliśmy, to poczułam, że mogę ponownie oddychać trochę głębiej i na spokojnie zasiąść przed komputerem, żeby wreszcie z Wami pogadać. Dobrze jest tak zasiąść z jasnymi myślami, z planem co chce się zrobić i powiedzieć. Jest to takie upewniające uczucie, gdzie znowu wszystko jest znajome i wypróbowane, a tych aspektów poważnie w moim życiu brakowało w ciągu ostatnich kilku tygodni. Ale oto jestem, zrelaksowana, z wielce pozytywnym nastawieniem, jako że przede mną dwa tygodnie beztroski. Ale przede wszystkim chcę wyjaśnić to dzisiejsze zdjęcie. Jest ono właściwie nie związane z tym co się wokół dzieje, ale ponieważ zrobiłam je jakiś czas temu, z intencją kontynuowania serii o kolekcjach, to załączam je dzisiaj, bo czas mi przelatuje przez palce, a czuję taką potrzebę podzielenia się tym nieco dziwnym nawykiem kolekcjonowania drewnianych szpulek. Kieruje mną nostalgia za dawnymi czasami, gdy takie szpulki były codziennością, na którą nikt z nas nie zwracał uwagi. Ponieważ dzisiaj jest to niemożliwe, żeby je zakupić, stąd ta moja pasja kolekcjonowania ich w sklepach ze starociami. Nie jest to jednak łatwe zadanie, bo jest ich w Kanadzie mało, głównie przywiezione z Europy lub Japonii, tak więc natknięcie się na nie jest raczej rzadkim przypadkiem. Tracę więc czas polując na drewniane szpulki, bo cieszą bez granic chociaż proces jest długi i zapewne mało skuteczny, to jednak są wdzięcznym obiektem do fotografii i to wystarczy.

Related Posts with Thumbnails