Archive for October, 2011...

Picky about My Yogurt

Since it’s rather rare that I can find good yogurt in a store, I thought I’d share with you this quick recipe for homemade yogurt. If you enjoy yogurt, and I mean the real thing, you’ll surely delight in the homemade version – thick, creamy, and oh, so natural. I make it using a yogurt maker, but I heard of a few other ideas for making yogurt without the help of a machine, using one of these simple methods. You may place the yogurt containers in the oven with the oven light on, and leave them there overnight. The other method suggests pouring warm water (125ºF) into your picnic cooler; placing the yogurt containers in that water just so the water stays below their rims; closing the cooler lid and leaving them there for 12 hours, checking once or twice if the water temperature stays around 110ºF, and if neccessary, adding some warmer water to it.

Homemade Yogurt
this recipe yields 5 – 125 g containers of yogurt; can be scaled up or down
Ingredients:
600 g homo milk
1/4 cup powdered skim milk
1/4 cup active yogurt culture (or use up your last yogurt from the previous making)

1. Combine milk and the powdered milk in a pot and slowly heat up to 180ºF, stirring constantly.
2. Remove from heat and cool down to 115ºF. Stir in the yogurt until it dissolves.
3. Pour the mixture into yogurt containers and place in the yogurt maker, which maintains the steady temperature of 110ºF, or use one of the other methods I mentioned above.
3. After 12 hours, the yogurt is ready to be refrigerated, where it’ll thicken nicely.

What do you think?

Ponieważ wybrzydzam gdy przyjdzie mi znaleźć dobry jogurt do kupienia w sklepie, to pomyślałam, że może warto podzielić się z Wami przepisem na jogurt zrobiony w domu. Jeśli lubicie jogurt, ten prawdziwy, oczywiście, to ta domowa wersja będzie Wam bardzo pasowała, bo wyrabia jedwabisty, gęsty i naturalny jogurt, bez zbędnych dodatków. Robię go w masznynce do jogurtu, ale ponieważ znam osoby, które wyrabiają go z pomocą innych metod, to spieszę się nimi podzielić. Pierwszy sposób, wybitnie prosty, wymaga umieszczenia pojemników z jogurtem w piekarniku, który jest wyłączony ale za to ma tylko włączone światło. Drugi sposób wymaga nalania do termosu piknikowego wody o temperaturze około 55ºC, tak by woda sięgała poniżej brzegu pojemników z jogurtem; zamknięciu pokrywy i utrzymaniu temperatury wody przez następne 12 godzin w granicy 43ºC, dodając gorącej wody gdy ta w termosie za bardzo się schłodzi.

Domowy jogurt
z przepisu wychodzi 5 125-gramowych pojemników z jogurtem; można go skalować w górę i w dół
Składniki:
600 g pełnego mleka
1/4 szklanki odtłuszczonego mleka w proszku
1/4 szklanki jogurtu (możesz użyć ostatni pojemnik z poprzedniej produkcji)

1. W garnku, połącz mleko z mlekiem w proszku i ciągle mieszając, powoli podgrzewaj do temperatury 82ºC.
2. Zdejmij z palnika i pozostaw do wystygnięcia aż osiągnie temperaturę 46ºC. Dołóż jogurt i wymieszaj do zniknięcia grudek.
3. Rozlej do pojemników i umieść je w maszynce do jogurtu, albo zastosuj jedną z metod sugerowanych przeze mnie powyżej.
3. Po 12 godzinach, jogurt jest już gotowy by wstawić go do lodówki, gzie szybko zgęstnieje. Wtedy też jest już gotowy do spożycia.

No i co myślicie?

A Perfect Kind of Day

It was perfect, because it was a careless weekend, the sun was shining, a little shopping took place earlier on, and some serious amounts of hazelnuts were picked at the end of the weekend. The weather was the blessing, the company of A. was the most precious gift, and the proximity of nature nourished my soul like nothing else could. Each and every one of these tender moments played a role in the masterful design of the remarkable work-free days. Why life can’t consist of days solely like these?

To były wymarzone dni, beztroski weekend, słoneczne poranki, trochę zakupów w dobrym stylu, i na koniec zbieranie orzechów laskowych. Ta piękna jesień jaką gościliśmy w ten weekend była niebywałym atutem, towarzystwo A. było najlepszą nagrodą, a bezpośredni kontakt z naturą okazał się najcudowniejszym lekiem dla zbolałej duszy. Wszystkie z tych niezapomnianych chwil wykreowały razem idealny sposób na życie i jeszcze tylko należy przekonać los o wartości takiej egzystencji. Wiem, co poniektórzy umarli by z nudów, ale nie ja.

Confused

Please excuse my lavender, as it doesn’t know what it’s doing. It’s blooming its heart away, impervious to the signs of the reality surrounding it. Its instincts failed and betrayed it and it gushes its lavender charms even though they get ostentatiously ignored. The poor thing doesn’t know that presently it’s the time of the mighty pumpkin. The colours that are being enforced are the yellows, reds, and the rust hues. None of that soft pink and purple carries any weight right now. But I still give it the credit, for something has to be said about the forward-moving force of the unusual, the unheard of, the unprecedented, about the harmless madness that it manifests, with a tad of arrogance added for good measure. That’s my lavender for you!

Proszę, wybaczcie mojej lawendzie, bo ona nie wie co robi. Kwitnie z całej mocy, nieświadoma rzeczywistości, która ją otacza. Wszelkie instynkty ją zawiodły i jakby nic produkuje się kwiatami, mimo że jej wysiłki są całkowicie ignorowane. Nie rozumie, biedactwo, że już nastał czas wszechobecnej i wszechmocnej dyni, i że kolory na fali są raczej w żółciach, czerwieniach i rdzach. Te róże i fiolety, którymi emanuje, są całkowicie bez znaczenia. A mimo to, podziwiam ją za jej wymowną odwagę, bo jest to siła, która popycha życie do przodu, i wszystkie jej nienormalne, niesłychane, bezprecedensowe, trochę szalone i aroganckie wysiłki nie idą tak totalnie na marne. Bo tak właśnie, wyzywając status quo, moja lawenda oznajmia swoją osobowość i indywidualność – ku mojej wielkiej dumie.

Pretty, even if Truffle-less

Remember our jaunt for truffles? It turned out to be rather meaningless. No truffles were found, however, some nice scenery warmed my heart as we were foraging the forests nearby Chilliwack, on the lively Post Creek. Reaching the creek, walking down to it, was like entering a sous-sol castle, a land of enchantment with a degree of uneasiness. The light was significantly diminished, the sounds were muffled with the exception of the gurgling creek and the American red robins cheering me up and watching me with curiosity as I went about my business attempting to photograph the scene. The notion that I belonged there, to that curious and bewitching place couldn’t leave me. I wanted to stay.

Pamiętacie naszą wyprawę na trufle? Okazała się bezowocna. Natomiast sceneria nieopodal jeziora Chilliwack, a dokładnie nad strumykiem Post, uradowała mi serce. Żeby dojść do strumyka, musiałam pomaszerować w dół pośrod dziarskich cedrów, wysokich paproci, i mięsistych mchów. Czułam się jakbym wkraczała w jakiś zapomniany przez wieki średniowieczny zamek. Mało światła, wyciszone dźwięki, z wyjątkiem szumiącego strumienia i zachęcających odgłosów wędrownych drozdów, przyglądających się z ciekawością moim próbom fotografowanie tego miejsca. Nie mogłam jakoś pozbyć się przeświadczenia, że to urzekające miejsce było mi przeznaczone… tak bardzo chciałam tam zostać.

2011 World Bread Day: Sunflower Seed Sourdough Loaf


Happy World Bread Day!
I’ve baked today together with hundreds of people. All of them in their kitchens, devoting their time to one and only task – baking bread, their daily bread, hoping, in the words of the organizer of this blog event – Zorra of Kochtopf blog: “to heighten our awareness of the world food problem and strengthen solidarity in the struggle against hunger, malnutrition and poverty”. I felt such a surge of energy participating, but because I had a difficult time to decide what to bake, I’ve decided to skip the true and trusted recipes I bake regularly, and I went for my own invention… sort of, as there are plenty of version of the same type of bread.   There were a few prerequisites – it had to be sourdough, it had to have seeds, it needed to have mixed flours, it’s got to be big.  And this is how I’ve come up with this Sunflower Seed Sourdough loaf. If you make it, let me know what you think.

Sunflower Seed Sourdough Loaf
Formula:
350g mature sourdough wheat starter 100% hydration
400g high-gluten bread flour (preferably 13% protein)
150g rye flour
150g graham flour
455g water
10 g sea salt
120g toasted sunflower seeds

Method:
1. Combine flours and water, mix on low for 2 minutes, cover and let autolyse for 40 minutes.
2. Add sourdough and salt to the dough and mix for 5 minutes alternating between low and medium speeds of the mixer.
3. Add sunflower seeds an mix them in for two minutes.
4. Leave the dough in the mixer bowl for 3 hours, turning the dough for 5 rotations after 1 1/2 hours to release the gases.
5. After the 3-hour fermentation, turn dough onto the bench, fold it on all four sides, flip it upside down, and rest for 20 minutes.
6. Sprinkle a handful of sunflower seeds on the bottom of well-floured banneton.
7. Shape the dough into one big batard and place in the banneton for approximately 2 hours. You’ll know that the final proofing is complete if the indentation made in the dough with a finger makes the dough spring back very slowly.
8. An hour before the final proof is finished, preheat the oven to 500ºF.
9. Place the loaf in the heated oven, steam using your preferred method, lower the temperature to 430ºF, and bake for 40 minutes.
10. Remove from the oven and let cool on a cooling rack.

Ja i setki innych, nieznanych mi ludzi, piekliśmy dzisiaj razem chleb. Wszyscy stawiliśmy się w kuchniach, na całym świecie, żeby propagować Światowy Dzień Chleba, i przyczynić się, według słów organizatorki tego blogowego zdarzenia, Zorry z Kochtopf: “do podniesienia świadomości ludzkości na temat istniejącego problemu dostępności do pożywienia, oraz wzmożenia walki z głodem, niedożywieniem i biedą”. Opisać mi trudno jaki napływ energii asystował mi dzisiaj w trakcie pieczenia. Długo jednak debatowałam jaki to chleb wypiec. Postanowiłam nie tracić energii na wypróbowane receptury, które już piekłam nie raz, a raczej stworzyć coś nowego, coś własnego. Może nie jest to innowacja, jako że chleb taki jak ten był już nie raz pieczony przez wielu piekarzy, ale z pewnością jest to moja własna receptura, która miała konkretne wymagania – musiał być zaczyn, i nasiona, i mieszane mąki, i miał to być jeden wielki dorodny bochen. Tak więc dumna jestem przedstawiając ten oto słonecznikowy chleb na zakwasie. Jeśli zachęciłam Cię do pieczenia tego chleba, to koniecznie daj mi znać jak się udał.

Bochen słonecznikowy na zakwasie
Składniki:
350g dojrzałego pszennego zakwasu (100% nawilżenia)
400g wysoko-glutenowej pszennej mąki (13% białka)
150g żytniej mąki
150g mąki grahamowej
455g wody
10 g morskiej soli
120g uprażonych nasion słonecznika

Sposób przyrządzania:
1. Połącz wszystkie trzy mąki z wodą i wyrabiaj w mikserze kuchennym przez 2 minuty na wolnych obrotach, przykryj i pozostaw na 40 minut.
2. Dodaj zakwas i sól i wyrabiaj przez 5 minut, zmieniając obroty co minutę z wolnych na średnie.
3. Dodaj ziarna słonecznika i wymieszaj aż będą dobrze połączone z ciastem, przez około 2 minuty.
4. Zostaw ciasto do pierwszego wyrośnięcia na około 3 godziny. Przemieszaj je tylko na 5 obrotów miksera po około 1 1/2 godziny wyrastania by pozwolić uciec gazom.
5. Po 3 godzinach wyrastania, wyłóż ciasto na stolnicę, złóż w kopertę, odwróć do góry nogami i pozostaw w spoczynku na 20 minut,
6. Wsyp garstkę nasion słonecznika na dno koszyka do wyrastania, dobrze poprzednio sprószonego mąką.
7. Uformuj duży bochenek i włóż do koszyka na 2 godziny do ponownego wyrośnięcia. Ciasto będzie gotowe do pieczenia, jeśli wgłębienie zrobione palcem już więcej nie sprężynuje.
8. Na godzinę przed skończeniem wyrastania, nagrzej piekarnik do 260ºC.
9. Wstaw bochenek do piekarnika, zaparuj piekarnik metodą, która Ci pasuje, obniż temperaturę do 220ºC i piecz przez 40 minut.
10. Wyłóż chleb z piekarnika na kratkę do studzenia.

The Promise of the Weekend

It’s been long since I felt this happy with a weekend. How is it possible that a four-day work week can leave me feeling as if I’d worked 10 days in a row. At the same time, however, I’m perfectly excited, and physically ready, for all the possibilities that this weekend is about to bring along. I had a lovely evening yesterday, meeting at M’s. place with the group of my “international girlfriends”. These moments are always fun – eat, drink, talk (read: “gossip”), and get inspired. These women are amazingly talented and knowledgeable, but the exchange of information is challenging as we always have so much to talk about and too much to catch up on. One topic quickly changes a course with a thought of something else and we often find ourselves totally immersed in a million new and exhilarating ideas that are perhaps not thoroughly examined due to a short time we have on that one evening, but definitely are intriguing and thought-provoking, so we leave the gathering always with a renewed sense of purpose and ready for the next day. And this is exactly how I feel today. It’s a sunny and bright morning, though on a cold side with frost on the ground and roofs. What plans do I have for this gorgeous day? We’re heading back to the forests nearby (approximately 60 miles away) to forage for truffles. I’ll report back on the results of the harvest. Stay tuned and enjoy your weekend!

Nie pamiętam kiedy to ostatni raz zapowiedź weekendu była dla mnie aż tak radosna. Jak to możliwe, że tylko czterodniowy tydzień pracy jest poza mną, a czuję się jakbym przepracowała dziesięć dni z rzędu. Jednocześnie, jestem bardzo chętna i gotowa na weekend i wszystkie obietnice jakie on z sobą niesie. Wczoraj spędziłam cudny wieczór w domu M. na spotkaniu z moimi “międzynarodowymi” koleżankami. Te nasze spotkania zawsze są takie przyjemne – jemy, pijemy, rozmawiamy (czy raczej plotkujemy?) i pozwalamy sobie ulec inspiracji. Nasza grupa jest niezwykle obeznana, oczytana, i utalentowana, ale komunikacja nie jest zawsze łatwa, i to nie z powodu różnic językowych. Po prostu mamy taką masę tematów do przedyskutowania, że jedna myśl szybko potrafi zmienić tor i łapiemy się na tym, że nagle rozmawiamy o zupełnie czym innym. Tempo wymiany nowych pomysłów przyprawia o zawrót głowy, i chociaż żaden temat nie zostaje dokładnie zgłębiony, to rozmowy są nadzwyczajnie intrygujące i prowokujące zastanowienie. Z tego to właśnie powodu, po każdym takim spotkaniu niezmiennie powracam do domu z niebywałym zapałem i chęcią do rozpoczęcia następnego dnia. I tak właśnie czuję się dzisiaj rano. Za oknem jasny i słoneczny poranek, chociaż nieco chłodny, bo szron pokrył trawy i dachy. Jakie plany na dzisiaj? Wyruszamy ponownie do lasu, jakieś 100 km od domu) tym razem na poszukiwanie trufli. Zamelduję rezultaty tych poszukiwań w wkrótce. Tymczasem życzę wszystkim radosnego weekendu.

Grateful

Today we celebrate the Canadian Thanksgiving. We’ve invited family and friends to join us for the holiday dinner. It’s in the moments like this when I realize how untrained I am for holidays like Thanksgiving. Never celebrated that day as a kid and only when we came to Canada, and I matured enough, I started to grasp its significance. Still I’m uneasy to articulate my grateful thoughts just because it’s this day on the calendar. So I fail, I don’t count my blessings at the table, and I don’t tell people how much I appreciate them. But then the dinner is over and we take a walk in the forest. I see the beauty of this fall day that surrounds me, I look at A. and he gently smiles at me, and the grateful thoughts rush to and through me, and I whisper them to myself, one by one, hoping that they still count.

Dzisiaj jest kanadyjskie Święto Dziękczynienia, takie polskie Dożynki, ale z poczuciem ogromnej wdzięczności za wszystko dobre co nas w życiu spotkało. Rodzinka i przyjaciele zostali sproszeni i ogromny indyk został wytwornie upieczony. Okazuje się jednak, że to w chwilach jak ta manifestuje się mój brak przygotowania na świętowanie tradycji, w których nie wyrosłam. Musiało dużo czasu upłynąć, żebym zrozumiała o co chodzi, ale mimo to, że dorosłam, nabyłam doświadczenia, to nadal publiczne odliczanie łask zaznanych od życia nie przychodzi mi łatwo, a raczej, w ogóle nie przychodzi. Nie wyliczam więc przy świątecznym stole błogosławieństw, nie wyznaję biesiadnikom jak bardzo ich cenię. Nikt z nas tego nie robi. Wkrótce, jest już po obiedzie, idziemy z A. na spacer do lasu. Las jest piękny w ten pochmurny, jesienny dzień. Zerkam na A., on uśmiecha się do mnie tak łagodnie i nagle fala wdzięczności zalewa mi i umysł i serce. Wyszeptuję wszystkie wdzięczne myśli, jedna po drugiej, i mam wielką nadzieję, że one się też liczą.

Out of It

There are inevitably good sides to any situation, even if your vantage point is presently not your best seat in the house. Getting over a cold and devoid of energy I lie in bed, curtains drawn, low spot light illuminating the space and what do I see? A bouquet of dried hydrangeas sitting on the dresser since mid September. Suddenly I remember how much trouble went into collecting the stems, into researching and then applying multiple steps to bring about their drying power. And what happened next? I forgot all about it. But here I am, practically out of my normal level of cognition, but suddenly I manage to appreciate how beautiful these dried hydrangeas turned out and the view makes me feel so much better. The moral of the story? Let yourself be totally out of it once in a while.

Dobrej strony można dopatrzyć się prawie w każdej sytuacji. Nawet, jeśli Twój aktualny punkt widzenia nie jest namierzany z korzystnego kąta. Próbując pozbyć się tego przykrego przeziębienia, zalegam w łóżku, przy zasłoniętych oknach, przy lampkach ledwo oświetlających pomieszczenie, i co widzę? Bukiet ususzonych hortensji. Nagle przypomina mi się cała seria zabiegów pokierowanych na to tylko, żeby znaleźć kogoś kto obdaruje mnie tymi kwiatami ze swojego ogródka i żeby nauczyć się co należy zrobić, żeby hortensje uschły a nie zwiędły. Zdziwiona jestem, że mimo sukcesem uwieńczonego suszenia, ja całkowicie o tych kwiatach zapomniałam i dopiero stopień pewnego chorobowego omajaczenia spowodował, że umiałam wreszcie docenić ich urok. I z miejsca zrobiło mi się raźniej. Jaki jest morał tej historii? Czasem pozwól sobie na umysłową nieobecność.

Related Posts with Thumbnails