Archive for July, 2011...

Overprotective

Amazingly calm, but vigilant to the point of charging at me was this mare when she was watching me approach her cute foal. Her glaring eyes and flaring nostrils was all I needed to convince me that I should take just one picture, not more. The baby, on the other hand, was playful and a bit unpredictable. I thought I’d have fun with this photo session if it weren’t for this one overprotective mother. Somehow, I perfectly understood how she felt.

Nadzwyczajnie spokojna, ale czujna i gotowa do ataku była ta klacz, gdy ja powoli próbowałam się zbliżyć do jej źrebaka. Roziskrzone oczy i prychające nozdrza były wszystkim, czego potrzebowałam, by mnie przekonać, że mogę sobie pozwolić tylko na jedno zdjęcie, nie więcej. Źrebak był gotowy na zabawę i może nawet trochę niemożliwy do poskromienia. Mogła to być bardzo ciekawa sesja zdjęciowa, gdyby nie to, że miałam tutaj do czynienia z poważnie nadopiekuńczą matką. Dziwna sprawa, rozumiałam co ta mama czuje.

Seeking Shade

Humans and jack rabbits alike, will stop at the shade of the tree for a rest and to escape the heat, even if only for a fleeting moment.

Tak ludzie, jak i zające staną w cieniu drzewa by odpocząć od skwaru, nawet jeśli tylko na krótką chwilę.

Out of the Barn and into the Kitchen

The kitchen hutch I mentioned earlier came to me quite by chance. I was picking up this table at the nearby horse ranch and the owner sheepishly asked if I wouldn’t consider the hutch she had sitting in the barn. I had and this is how it ended up in my kitchen in its dark wood stained glory. I wanted to re-finish it, but it needed to be painted light and bright because it was bringing the whole kitchen down with its brooding dark wood moodiness. I procrastinated for two entire weeks before I dared to disassemble and to start working on it. It took a lot of sanding and even more painting, 5 coats in total, but it’s finally done. It’s still a little scarce on dishes and smart displays for the glassed cabinet section, but I know it will get there eventually. For the time being, it’s a nice addition to our dining room area.

Ten kuchenny kredens, o którym napomykałam wcześniej, trafił do mnie całkiem przypadkiem. Gdy odbierałam ten oto stół z pobliskiego rancza, właścicielka nieśmiało zasugerowała, żebym również zabrała kredens stojący w stajni. Tak też zrobiłam i kredens stanął w jadalni, taki ciemny, drewniany i nie pasujący do niczego. Należało go odświeżyć i czym prędzej przemalować na jakiś jasny kolor. W stanie w jakim był tylko przygnębiał swoją drewnianą osobowością. Musiały minąć jednak długie tygodnie, zanim odważyłam się go rozebrać na części, a następnie długo szlifować, a potem jeszcze dłużej malować, aż wreszcie wszystkie pięć warstw farby zgodnie leżały jedna na drugiej, i nadszedł ten długo wyczekiwany moment, kiedy to projekt został doprowadzony do końca. Nadal jeszcze brakuje w nim naczyń i wystaw za szybami – na to z pewnością przyjdzie czas. Tymczasem, stoi on sobie w rogu jadalni i cieszy oko.

Mogollon Rim

Forgive me the prolonged absence from Majology, but we’ve escaped for yet another quick camping trip. Upon the return, my unfinished kitchen hutch was blatantly staring me in the eyes, so I spent practically every daylight hour on finishing it and finally standing it proudly in the corner of my kitchen. But before I show you the finished piece I wanted to tell you about this trip we took, as the views are still clearly edged in my mind even though it has been already a few days since our return. We ventured into the already familiar region near Payson, AZ, but this time we ended up high on the Mogollon Rim, amidst the unbelievably gorgeous panderosa pines. The scenery, at 7,000 ft was simply breathtaking. I fail to articulate how I felt facing the vastness of this beautiful land when perched up there on the top of the rim. The raw land, still so relatively uninhabited draws you in not only with the spectacular sights, but also with its effect on all of your senses, the sweet scent of the pine sap, the warmth of the red limestone – all of them are bound to leave a certain mark on your sensibility and allow you to make that mental note that this is the place you will want to come back to. It’s that agreeable, I tell you. We hiked to the very rim a few times, but when I sat there at the sunset, I didn’t want to ever leave.

Wybaczcie mi moją dłuższą nieobecność na Majologii, ale ponownie uciekliśmy na krótką wycieczkę kampingową. Po powrocie, natomiast, ten rozgrzebany kredens kuchenny zerkał na mnie z wyrzutem, (a może to ja zerkałam na niego z poczuciem winy), do tego stopnia, że zmuszona byłam spędzić każdą jedną godzinę w świetle dziennym, przez kilka długich dni, żeby doprowadzić go stanu używalności. W efekcie, udało mi się go odmalować, dumnie wstawić w kuchenny róg i cieszyć się jego wiejską osobowością. Zanim jednak pokażę Wam jak on obecnie wygląda, chciałam najpierw opowiedzieć Wam o tej wycieczce, bo mimo, że już minęło kilka dni od naszego z niej powrotu, to widoki nadal silnie tkwią mi w pamięci. Pojechaliśmy ponownie w już teraz nieco lepiej nam znany region przy Payson w Arizonie, ale tym razem wjechaliśmy wysoko na Mogollon Rim. Nie umiem znaleźć odpowiednika tej geograficznej nazwy w języku polskim, wystarczy że wyjaśnię, że jest to wysoki klif uformowany głównie z piaskowca i skał wapiennych, który ciągnie się na 320 km, w kierunku Nowego Meksyku i dochodzi do 2100 metrów w wysokości. Widoki i towarzystwo bosko pachnących sosen zapierały dech w piersiach. Brakuje mi zdolności językowych, żeby wyartykułować emocje gdy stanęłam twarzą w twarz z tym ogromnym lądem. Dzikość terenu, względnie jeszcze nie zamieszkałego przyciąga nie tylko widokami, ale oddziałuje na wszystkie zmysły na raz – zapachem żywicy, ciepłem przy dotyku czerwonego piaskowca – jednym słowem wywiera wrażenie i skłania do stwierdzeń, że jest to jedno z tych miejsc na ziemi, do którego należy wrócić. Jest tam do tego stopnia przyjemnie, naprawdę. Podchodziliśmy do samej obręczy klifu kilkakrotnie, ale kiedy wylądowałam tam z aparatem o zachodzie słońca, to miałam ochotę pozostać tam na zawsze.

Not So Lazy on Sunday

I’m surprising myself realizing how bravely I face the hot Arizona summer. Quite remarkably, I worked the whole morning putting one full coat of paint on an old, wood-stained kitchen hutch. I aspire to make it light and airy, but it’s quite a task. After completing one out of four coats planned I was done. All I could do was to grab a magazine and head out to a cool bedroom for an afternoon rest. Then I remembered to show you my new thrifty acquisition – an ironing board that serves as an impromptu shelf in the seriously under-furnished bedroom.

Zaskakuje mnie jak dobrze znoszę to arizońskie lato. Podziwiam samą siebie za wyczyn dzisiejszego poranka, kiedy to spędziłam go nakładając jedną z czterech planowanych warstw farby na stary kuchenny kredens, którego to pozbawiam bejcy i przemalowuję na biało. Jest to niezłe zadanie. Wczesnym popołudniem miałam już całkiem dosyć skwaru i wszystko na co jeszcze było mnie stać to złapać czasopismo i zaszyć się w schłodzonej sypialni na krótki popołudniowy odpoczynek. Tam też przypomniałam sobie, że jeszcze nie pokazałam Wam mojego ostatniego nabytku ze sklepu ze starociami – deska do prasowania, która służy za półkę w naszej poważnie niedomeblowanej sypialni.

Hand-Painted

I’ve been always infatuated with Mexican hand-painted tiles. I’ve been stalking Vancouver tile retail stores for years drooling over the beauty of this material, and cursing the high price tag on them. Now, having the opportunity to get acquainted and intimate with both the nature of this region here in the Southwest, its geography, but also with the cultural influences it’s under, I’m able to discover places that offer the most authentic, unpretentious, and most of all, honest art and workmanship I never dreamed I’d have had a chance to encounter so up close and personal. There are multiple little gems of the stores here that specialize in importing unique hand-made pieces from Mexico. I’ve found these hand-painted tiles in one of them and simply could not walk away without getting a few to serve as the promise of what my Arizona kitchen will soon look like.

Zawsze bardzo podobały mi się ręcznie malowane, meksykańskie kafelki. Przez całe lata, przy każdej okazji, odwiedzałam sklepiki w Vancouver, podziwiając piękne kafle, i pzeklinając ich wysoką cenę. Obecnie, przebywając w Arizonie dość często, mam okazję poznać okolice dość dobrze i zrozumieć lepiej co kształtuje i wpływa na tutejszą kulturę. Oczywiśćie meksykańskie wpływy są bardzo znaczne. Zwiedzając przeróżne zakątki Phoenix, odkryłam cały szereg małych sklepików, gdzie można znaleźć autentyczne i bezpretensjonalne rękodzieło i sztukę. W jednym z takich sklepików, który specjalizuje się w imporcie rękodzieła z Meksyku, natknęłam się na te urocze, ręcznie malowane kafelki. Bez wahania wybrałam kilka wzorów jako zapowiedź jak już w niedługim czasie będzie wyglądać moja arizońska kuchnia.

Hiking in Sedona

We left for a short camping trip to Sedona. I was going somewhat reluctantly, not envisioning I could be spending time more pleasantly there than I could on Love Road, but I was wrong. Sedona is such a stunning place. As we drove through some mountainous, but mainly green landscape filled with pines and juniper trees, as well as through the impressive greenery of the Verde Valley, we were greatly surprised to be unexpectedly greeted by this luminous red-hued terrain, with unpredictable formations made of the intensely red sandstone. The weather was so agreeable too, a liveable 84ºF, as opposed to the oppressive 108ºF in Phoenix. Hiking the Cathedral Rock was the ultimate reward as the hike kept bringing us higher and higher, revealing amazing views from the top. The town of Sedona is perhaps a tad to commercialized for my liking, but it’s to be expected with everybody going there for hundreds of hiking trails. Thankfully, we’ve left the retail world behind and ventured farther north, towards Flagstaff, where we nestled in a small campground, and stayed there for the night in the shadows and the fragrance of the panderosa pines. Oh, that smell!

Wyruszyliśmy na krótką wycieczkę kampingową do Sedony. Jechałam raczej niechętnie, nie wyobrażając sobie, że mogę tam spędzić czas przyjemniej niż na Love Road, ale się myliłam. Sedona jest niezwykłym miejscem. W drodze do Sedony, otaczał nas górski, ale głównie zielony krajobraz pełen sosen i jałowca, oraz nadzwyczajna zieleń, jak na Arizonę, w Verde Valley. Tym bardziej więc zaskoczył nas intensywnie czerwono zabarwiony teren, naznaczony ogromnymi formacjami z czerwonego piaskowca, gdy wjechaliśmy do miasteczka. Pogoda też nam sprzyjała, bo 29ºC było o wiele bardziej przyjazne, niż opresyjne 42ºC, które pozostawiliśmy za sobą w Phoenix. Wycieczka w góry, trasą do Cathedral Rock okazała się być ostateczną nagrodą, bo wspinając się na coraz to wyższe skałki, odsłaniał się przed nami niemożliwy do opisania widok. Samo miasteczko było nieco zbyt skomercjalizowane jak na mój gust, ale trudno się temu dziwić skoro tysiące ludzi spędza tutaj wakacje korzystając z niezliczonej ilości górskich szlaków do przejścia. Nam jednak było dane przenieść się nieco dalej na północ, w pobliże Flagstaff, gdzie znaleźliśmy cichy kamping wśród oszałamiająco pachnących sosen panderosa. Ach, ten zapach!

Grateful for the Gazpacho

Actually, any no-cooking-required food will get my attention on these hot days here. When I remembered the gazpacho recipe we’ve been enjoying for many summers already, I thought I needed to first – make it again, and second – share it on Majology with you. I’ve done both now, so here comes your part. Make it and you will have a wonderful meal on a summer day – a cool, nutritious, and very tasty meal. Here is a recipe for you, originally featured in Bon Appétit in June 2001.

 

 

Gazpacho with Jalapeño and Cilantro
Ingredients
3 1/2 cups tomato juice
8 plum tomatoes, cut into 1/4-inch pieces
1 English hothouse cucumber, cut into 1/4-inch pieces
1 red bell pepper, cut into 1/4-inch pieces
1 medium onion, chopped
1/4 cup chopped fresh cilantro
1/4 cup chopped fresh parsley
3 tablespoons fresh lemon juice (I used limes)
1 green onion, minced
1 1/2 teaspoons minced seeded jalapeño chili
2 garlic cloves, minced

Method
Combine 1 cup tomato juice, half of tomatoes, half of cucumber, and half of bell pepper in blender. Puree until smooth. Pour into large bowl. Stir in remaining tomatoes, cucumber, and bell pepper; add onion, cilantro, parsley, lime juice, green onion, jalapeño, and garlic. Transfer 1 cup mixture to blender. Add 2 1/2 cups tomato juice to blender and puree. Pour back into large bowl and stir to combine. Thin with additional tomato juice, if desired. Season with salt and pepper. Cover; chill 2 hours. Can be made 1 day ahead. Keep chilled.
Serve cold.

Każda potrawa nie wymagająca gotowania zwraca ostatnio moją uwagę. Po prostu jest zbyt gorąco, żeby właczać piec. Dlatego, kiedy przypomniałam sobie ten przepis na gazpaczo, które przygotowuję właściwie co roku latem już od kilku dobrych lat, od razu pomyślałam, że powinnam przygotować je ponownie w ten arizoński upał i zapodać przepis na Majologii. Tak więc czynię, a teraz to już Wasza kolej. Przygotujcie to danie i będzieci cieszyć się przy stole z tego chłodnego, zdrowego i naprawdę smakowitego posiłku. Oto przepis, kóry oryginalnie pojawił się w Bon Appétit w czerwcu 2001 roku.

 

 

Gazpacho z Jalapeño i Kolendrą
Składniki
3 1/2 szklanki soku pomidorowego
8 pomidorów, pokrojonych w kostkę
1 duży ogórek, pokrojony w kostkę
1 czerwona papryka, pokrojona w kostkę
1 średnia cebula, posiekana
1/4 szklanki świeżej kolendry
1/4 szklanki naci pietruszki
3 łyżki soku z cytryny (ja użyłam limetek)
1 cebula ze szczypiorem
1 1/2 łyżeczki posiekanej papryki jalapeño
2 ząbki czosnku, drobno posiekane

Sposób Przyrządzania
Zmiksuj w “blenderze” 1 szklankę soku pomidorowego z połową ilości pomidorów, ogórka i czerwonej papryki. Wlej do dużej salaterki. Dodaj pozostałe pomidory, ogórek, paprykę; a następnie cebulę, kolendrę, pietruszkę, sok z limetek, szczypior, jalapeño i czosnek. Przełóż 1 szklankę tej mikstury z powrotem do “blendera”, dodaj 2 1/2 szklanki soku pomidorowego i ponownie zmiksuj. Połącz z resztą pokrojonych warzyw w salaterce. Przypraw solą i pieprzem. Przykryj i wstaw do lodóki na przynajmniej 2 godziny. Może być przygotowane dzień wcześniej. Serwuj na zimno.

Related Posts with Thumbnails