Archive for May, 2011...

The Skill Builder

Today’s post really is about nothing in particular. Yesterday, I bought two pieces of lumber (from a handsome, tall spruce tree, I presume) so I could build a new background for some of my photo shots. Once built, I decided to give it quick testing in front of the camera. I intend to paint it to a white driftwood effect, but it’ll be seen if this project will come to fruition. In the meantime, though, I was curious to see how the light, natural wood would behave in pictures, so I gathered the limes and a few dishes to see where they could get me. Then, if it were not enough of challenges for one day, I fired the Photoshop and I forced myself to learn a few new tricks. To do this I had to forget my comfort zone entirely. I had to leave behind FotoFusion, the collage software I’ve been faithfully using until now. Learning Photoshop is not an easy feat. It’s not at all intuitive. The guesswork won’t work. It actually requires concentration, lots of imagination, and crucially, the ability to retrieve the already learned information. Any retention, if it takes place at all, is the result of the honest work and lots of practice. You either find a way to do a trick, practice it a few times, commit it to memory, or the next time you sit down to it, you’ll be starting from the scratch. Well, I began this morning and I’m only done now, in mid afternoon. This is the testament to my Photoshop skills… I’m afraid they’ll come slower to me than I would like it.

Dzisiaj odcinek w zasadzie o niczym. Wczoraj zakupiłam dwie deski świerkowe z zamiarem zbicia powierzchni (tła) do zdjęć. Jak już było gotowe, postanowiłam przetestować to dzieło przed kamerą. Mam je zamiar pomalować by uzyskać taki efekt dryfującego drzewa o szaro-białej powierzchni. Ale czy ten projekt dojdzie do skutku, to dopiero zobaczymy. Ciekawa byłam jak wyglądać będzie jasne, naturalne drewno na zdjęciach, więc chwyciłam kilka owoców limety (naprawdę? a może limonki?) oraz parę naczynek by zobaczyć co z tego fotografowania wyjdzie. Żeby przypadkiem nie zabrakło mi wyzwań w ten weekend, włączyłam Photoshop by nauczyć się kilku sztuczek w tym programie. Posługiwanie Photoshopem nie przychodzi mi bynajmniej łatwo. Używanie go to egzystowanie całkowicie poza moją komputerową strefą komfortu. Musiałam porzucić zaufany program, którego do tej pory używałam – FotoFusion. Photoshop, w przeciwieństwie do FotoFusion, nie jest czymś do czego można podejść instynktownie. Zgadywanki nie mają tutaj szans. Program wymaga koncentracji, wyobraźni, i co najbardziej istotne, umiejętności przyswojenia i zapamiętania informacji. Jest w nim tyle sztuczek do wyuczenia, że jeśli jakiekolwiek przyuczenie ma nastąpić, to wymaga ono uczciwej pracy i mnóstwa praktyki. Albo znajdziesz sposób na osiągnięcie danego efektu, poćwiczysz kilka razy by zapamiętać, albo zaczniesz od zera przy następnej sesji. No cóż, zaczęłam rano, teraz jest środek popołudnia, a ja dopiero zakończyłam. Jeśli to jest dowód na to jak szybko przyswoję sobie ten program, to będzie to dłuższy proces niż sobie wyobrażałam.

A Farm is an Artist’s Canvas

Visiting the Schnepf Farm in Queen Creek was such a treat for my senses. Being there for Easter, arriving from the cold and rainy Vancouver, it felt more like entering a paradise of unspoken colour vibrancy and saturation, rather than visiting a desert state. I couldn’t help but think that the kitschy colour combinations were exactly what my spring-starved senses needed. The more colourful the scene, I thought, the better… from the blue of the cloudless day sky, through the pink flowers stealing their colour from the most royal of the roses, the deep violet of the lupines, the lemongrass green, the golden hues of the sunflowers, the dusty pink of the clay in the ground – a fitting surface for a sunbathing calico, the burgundy in the oleander blooms, the softness of the custard colour of the straw hats, and the very Mexican combination of the pink and turquoise of the farm carriage. All these colours, while full of punch on their own, in the company of one another, and when saturated deeply with the Arizona noon sunlight, made for the unforgettable, inspirational experience. Something what I guess an artist might feel when compelled to start a painting.

Wizyta na farmie Schnepf w Queen Creek była prawdziwym świętem. Spędzając tam Wielkanoc, przyjechawszy prosto z zimnego i dżdżystego Vancouver, wejście na farmę kojarzyło się bardziej z wejściem do raju o niewyobrażalnym bogactwie kolorów, niż z przyjazdem na pustynię. Kiczowatość takiego przemieszania kolorów była dokładnie tym, czego moje spragnione wiosny zmysły potrzebowały. Czym więcej kolorów wkradało się w wizję, tym bardziej świadomość wypełniała się po brzegi radością. Bo jak się nie cieszyć z głębokiego błękitu nieba w bezchmurny dzień; z kwiatów tak różowych, że królewskie róże mogą pozazdrościć; z nasyconego fioletu łubinów; z zieleni trawy tak świeżej, jakby polanej sokiem cytrynowym; ze złotości słoneczników; z przydymionego różu gliniastej ziemi, na której calico wygrzewa się na słońcu; z burgundowych oleandrów; z biszkoptowych barw w słomkowych kapeluszach; czy z meksykańskiego połączenia różu i turkusu, jak w tym wozie. Wszystkie te kolory, choć pełne osobowości same z siebie, w połączeniu z każdym innym, i przesycone gorącym, arizońskim słońcem w samo południe, stanowiły naprawdę niezapomniane i inspirujące doświadczenie. Coś w rodzaju, co może odczuwać artysta, gdy nagle postanawia namalować obraz.

Collections: Seashells

Do you own any collections? What do you collect? You see, I think, these are possibly more complicated questions than they seem at first. Why do you collect these objects? What are you thinking while seeking your answers? Are you digging in your memory, your heart, maybe even your soul? Whatever the answer, I’m sure it’s deeply personal and full of meaning. My favourite pass time of all times is wandering beaches with no other purpose than to just be. The salty breeze or the miracles of the marine life are mere bonus points added to the perfection of the moment. The feeling of total and complete relaxation is what makes the experience so blissful. The seashells are the memories of that bliss.

Czy posiadasz jakieś kolekcje? Co kolekcjonujesz? Czuję, że są to bardziej skomplikowane pytania niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Dlaczego kolekcjonujesz właśnie te przedmioty, a nie inne? O czym myślisz szukając odpowiedzi? Czy próbujesz sobie przypomnieć co bylo zaczątkiem kolekcji, a może szukasz odpowiedzi w głębi serca, czy nawet duszy. Jakakolwiek jest ta odpowiedź, pewna jestem,że jest głęboko personalna i wielce znacząca. Moją najbardziej ulubioną formą spędzania wolnego czasu jest błąkanie się po plaży. Bez żadnego innego celu niż to, żeby po prostu być. Bryza i bogactwo życia morskiego to raptem korzystne dodatki do chwil, które same z siebie są po prostu idealne. To poczucie absolutnego relaksu przywołuje niepowtarzalny stan błogości, a muszle są jego miłym wspomnieniem.

Not a Baker, but I Try, Anyway

Nobody will argue this point.  When people see my eager attempts at pastry baking they make an effort to sound encouraging.  There is no kidding myself, I’d do many a favour if I quit making sweet dough altogether.  But I try relentlessly and not because we crave a cookie here or a cake there.  Truth be told, we eat little of this stuff, unless I make something, and then we consume it so it doesn’t go to waste, the action that’s never accompanied by loud oh’s! and ah’s! that I so often hear when people eat cakes baked by my Mom.  Being given rhubarb freshly cut from M.’s garden, and obviously not wanting to waste it, I set on another of my pastry baking trials, but this time I went to Mom for advice.  I begged for a full-proof recipe, but it’s never easy with Mom’s cooking.  The “some flour”, or the “a few egg yolks – you’ll see how hard your dough gets” will not cut it at my baking level, so I insisted that she gives me weights, measurements, and counts, all this to her great regret, as she still thinks I have baking instincts I should rely on and refuses to accept the fact that I have none of these.  Armed with a piece of paper with a precise list of everything I made the tart, and lo and behold, it actually was a thing to enjoy.

Nikt nie będzie argumentował tego stwierdzenia, bo każdy świadek moich prób w pieczeniu ciast, w najlepszym przypadku zdobywa się na kilka mało przekonywujących słów zachęty. Nie ma co się oszukiwać, w zasadzie to przysłużyłabym się wielu, gdybym po prostu zarzuciła pieczenie na zawsze. Niestety, wszechobecny optymista tkwiący we mnie, powoduje, że co jakiś czas próbuje na nowo. I to nie dlatego, że tęsknimy za słodkimi deserami, w zasadzie to prawie ich nie jemy, no chyba że nagle decyduję się na wypiek, wyobrażając sobie, że tym razem będzie to wielki piekarski sukces. Niestety, nawet gdy tak się szczęśliwie złoży, że to co wypiekłam nadaje się do zjedzenia, to jednak brakuje zazwyczaj tych ochów i achów, które towarzyszą jedzeniu ciast wypieczonych przez moją Mamę. Ale do tego już się przyzwyczaiłam.
Obdarzona przez M. świeżo zerwanym rabarbarem, nie umiałam oprzeć się kolejnemu wyzwaniu – tarta z tym właśnie owocem. Tym razem jednakowoż zasięgnęłam matczynej mądrości i wybłagałam od niej przepis, który ponoć zawsze się udaje. Gotowanie czy pieczenie z moją Mamą to jest naprawdę wyzwanie. Każdy z jej przepisów wygląda następująco: “trochę mąki” albo “kilka łyżek śmietany”, lub “kilka żółtek, będziesz widziała czy ciasto nie jest zbyt twarde i wymaga więcej”. Niestety, przy moim poziomie wiedzy piekarskiej, tego typu instrukcje nie mają szansy na sukces. Nalegałam więc na precyzyjne ilości, wagi, i miary, ku jej wielkiemu oburzeniu, bo jej po prostu uwierzyć jest trudno, że ja nie posiadam jej piekarskiej intuicji. Po długiej dyskusji, uzbrojona w przepis z listą sprecyzowanych produktów upiekłam tę tartę i nadziwić się nie mogę, że jest choć jeden rodzaj ciasta wypieczony przeze mnie, który właściwie… się udał!

My Name is Gosia, and I’m the Lilacs Addict

First, forgive me for another flower post. I hope you’ll understand that when I’m around flowers, I notice little else. These came to me by the way of M.’s garden which hosts a remarkable lilac bush. It’s often referred to as French lilac or Klager’s Double Purple. Its double magenta clusters make even the smallest of arrangements impressive. I’ve read somewhere that you’re supposed to smack the stem ends with a mallet to let water penetrate the woody twig, so I did and indeed the lilacs seem to stay healthy much longer than ever before.
I haven’t posted much this week, because… well, surprise, I’m down with a cold – AGAIN! The summer vacations can’t come soon enough, as far as I’m concerned. Two months off, that’s exactly what I need to get strong and healthy. On the second thought… don’t we all? But to give me some hope, I’ve counted the school days ahead of me – 27!

Wybaczcie kolejny blog o kwiatkach. Tak już się dzieje, że jak jestem otoczona kwiatami, to nie zauważam już nic innego. Ten bez trafił do mnie z ogrodu M. Nazywają go bzem francuskim. Robi on wrażenie bo bukiet ma podwójne, mocno pachnące, fioletowe kwiaty i nawet najmniejsza gałązka potrafi wypełnić wazon i zaznaczyć swoją obecność. Przeczytałam gdzieś, że należy stłuc końce gałązek by pozwolić wodzie spenetrować drewniane części. Tak też uczyniłam i faktycznie, bez przeżył w wazonie prawie cały tydzień.
Nie było mnie widać na Majologii dość długo, a to dlatego, że ponownie podłapałam przeziębienie. Jeśli o mnie chodzi, to tylko wakacje, a co za tym idzie, dwa miesiące z dala od szkoły mogą sprawić, żebym doszła do formy. Z drugiej strony, myślę że dwa miesiące wolnego to lekarstwo dobre na wszystko i dla każdego, nie tylko na moje przeziębienia. Ale żeby nabrać choć odrobinę otuchy, policzyłam dni do wakacji – 27. O, nadziejo!

Lavender Revisited

Lavender is one of the things I find impossible to resist. I’ve had a good fortune to learn about it and to grow it for years in containers on our balcony, which I shared in the Lavender Series last year on Majology. Then came the summer vacations and we left home for a few months, entrusting my precious lavender cultivars to an unlikely gardener, F. Filled with good intentions, he cared for the lavenders more than what they bargained for and he lovingly quenched their thirst with ample supply of water which happened to be tad too much. They were not doing too well when we came back. I hoped to revive them, but they perished nevertheless, and I vouched not to entertain another lavender crop, ever. But the spring finally came and the empty containers begged to be filled with flowers. Considering the options I found myself drawn to the lavenders again, so I guess, I’ll revisit that chapter of my life and I’ll do it gladly.

Trudno jest się oprzeć lawendzie. Tak się szczęśliwie złożyło, że przez lata udało mi się z nią zapoznać hodując wiele różnych odmian w donicach na balkonie, o czym pisałam na Majologii w zeszłym roku w serii lawendowej. Los jednak chciał, że kiedy nadeszły wakacje, a my pozostawiliśmy dom na kilka miesiecy, przekazaliśmy cały mój lawendowy dorobek przypadkowemu dość ogrodnikowi – F. Z najlepszami intencjami, dbał o nie bardzo, pojąc je wodą częściej niż tego potrzebowały, o czym on oczywiście nie mógł wiedzieć. Gdy wróciliśmy, lawendy były w kiepskim stanie, a ja wierzyłam że je odratuję. Niestety, przepadły, a j przyrzekłam sobie, że koniec moich lawendowych przygód. Gdy jednak nadeszła tegoroczna wiosna, a puste donice blagały wręcz o jakieś kwiaty, bezwiednie zaczęłam wypełniać je na nowo lawendami. Wydląda na to, że ten rozdział swojego życia przezyję na nowo… i zrobię to chętnie.

Loving the Road

Oh yes, I’m loving the road I’m on. We’re leaving the Love Rd. and coming home now. The nest is becoming more nesty with each day. I know, I’ll love to return.
To Happy Returns!

Tak, uwielbiam być tutaj na Love Road. Niestety, czas wracać. Szkoda, bo dom staje się coraz bardziej swojski. Na szczęście zawitamy ponownie niebawem. No to do szybkiego powrotu!

Happy Cinco de Mayo!

I hope you’ve celebrated the day in a true Mexican style – we have!  Our next-door neighbours cooked a true fiesta for us with authentic enchiladas and all the required works.  I made sure the margaritas were in steady supply.

Wesołego Cinco de Mayo! My świętowaliśmy w prawdziwym meksykańskim stylu. Nasi arizońscy sąsiedzi przygotowali dla nas prawdziwą fiestę z enchiladas ze wszystkimi dodatkami. Ja tylko dbałam, żeby nie zabrakło margaritas.

Related Posts with Thumbnails