Archive for February, 2011...

One Door Closes, Another…

This is my motto today. I need a great deal of convincing in this area, as I’ve lost my spark recently fighting one cold after another. I’m on day nine of major sniffles and instead of them subsiding, they’re hitting me with some renewed force. Their renewal, I’m sure, comes from their reinforcements residing in the public school system where I meet every cold-related germ that cares to settle down in this part of the world. Patience, I tell myself, and I speak with the sound dose of persuasion when I try to recall the warmer, the sounder, the brighter days I once partook in. Here then comes a long-overdue collage of my obsessive door-and-window-picture-taking-activity that I involved myself over a few of our recent vacations. If you recall, at all, I presented here a window collage, but the picture wouldn’t be complete without the other wall-opening fixture. I hope the metaphor will work well for me. I feel like I’m missing on some good healthy fun because of this cold, and to counteract the feeling of deprivation I just whisper to myself: let it be, this door might have closed on me, but another will soon open…

Jedne drzwi się zamykają, gdy inne się otwierają – czy jakoś tak podobnie. I tak potrzebuję być stanowczo przekonywana w tej kwestii, jako że brakuje mi i energii i humoru, bo walczę z przeziębieniem, i to chyba nie jednym. Dziewiąty dzień z katarem przestaje być zabawny, i zamiast tkwić w wierze, że on przechodzi, to ja doświadczam jakby jego spotęgowanej siły. Te posiłki zapewne przyszły do mnie ze szkoły, bo jest to istne siedlisko każdego rodzaju wirusa. Powtarzam sobie, żeby być cierpliwą i z dużą dozą perswazji przytaczam w pamięci chwile spędzone w cieple, w słońcu i w zdrowiu. Oto więc przedstawiam kolaż będący rezultatem obsesyjnego zajęcia jakiemu oddawałam się na wakacjach, kiedy to bez opamiętania strzelałam zdjęcia okien i drzwi. Może pamiętacie ten okienny kolaż, ale oczywiście obraz nie byłby kompletny gdyby miało zabraknąć tej drugiej budowlanej wnęki. Mam nadzieję, że ta drzwiowa metafora zadziała, bo czuję się trochę taka oszukana przez zwalczanie tego smarkania i żeby nie dopuścić do poczucia kompletnej deprywacji szepczę sobie pod nosem: niech i tak będzie, te drzwi mogły się zatrzasnąć tuż przed moim zasmarkanym nosem, ale już wkróce inne się otworzą.

When Winter Returns, the Bread Is Baked

It’s been snowing for two days now. The notion of spring has vanished as rapidly, as the snow started falling. For a moment there I felt helpless, as if the best of my intentions went into some fruitless effort of waiting for, and writing about something that was never meant to be. But then I remembered that the quiet scene outside the windows, and the warmth inside our home, are actually perfect as they are. If I were to add one thing to make it more perfect, I would bake some bread and let its aroma waft around the house. I pulled out a reliable recipe that I haven’t baked for months now and I lost myself in the process. These small seeded breads you’re seeing on the picture, were featured once already here on Majology, but they deserve the second chance, simply because they are the tastiest breads you’ve ever eaten. The original formula comes from …au levain!. Jane, the author of the blog has not been posting recently, to my endless regret. I loved baking her breads. All of them are very tasty, rustic, and beautiful to look at.

Note: This bread will be submitted to YeastSpotting, a weekly bread-baking roundup at Wild Yeast.

Śnieg pada już od dwóch dni. Całe moje natchnienie spodowane myślami o wiośnie, prysnęło tak samo szybko, jak szybko na nowo zaczęła się zima. Opanowało mnie poczucie bezradności, że te wszystkie moje dobre, wiosenne intencje były próżnym wysiłkiem, i że całe to moje czekanie i pisanie o wiośnie było o czymś co i tak nigdy nie miało się zdarzyć. Ale niemalże w tej samej chwili zdałam sobie sprawę, że ta cicha, biała scena za oknami, w połączeniu z wygodą i ciepłem wewnątrz domu jest w zasadzie idealnym scenariuszem. Jedynie świeżo upieczony chleb z zapachem roznoszącym się po całym domu może ewentualnie uczynić te scenę bardziej idealną. Wyciągnęłam więc stary i wypróbowany przepis, którego nie widziałam już od długiego czasu i pozwoliłam się pochłonąć procesowi tworzenia chleba. Te małe ziarniste chlebki już raz gościły na Majologii, ale bezwzględnie zasługują na drugą szansę, jako że są najsmaczniejszym pieczywem, jakie kiedykolwiek jadłaś(eś). Oryginalny przepis pochodzi z …au levain!. Jane, autorka blogu już od dość dawna nie publikuje nowych przepisów, ku mojemu nieogarniętemu żalowi. Wszystkie jej chleby były godne uwagi – smakowite, wiejskie i piękne do oglądania.

Bread Baking Buddies:  Brunkans Langa

The Bread Baking Babes celebrate their 3rd anniversary and all bread lovers could join in the celebration, baking a bread of their choice from over 30 breads that had been baked by the Babes during that time.  I couldn’t possibly miss on all this fun.  It was an agonizing experience to decide which bread to bake, as there were so many excellent breads produced by these talented women, so to choose just one was a difficult matter.  I knew it had to be a sourdough bread and I wanted to try something I had never attempted in the past.  When I saw the formula for the Brunkans Långa, with its graham flour sourdough I had to build from the scratch, I knew that was IT!  Never, in the past, having a chance to bake a Scandinavian bread, I was drawn to this one creation by a skillled bread baker herself, Heléne Johansson.  The formula for the bread was brought to our attention by Görel of Grain Doe who introduced it to the other Bread Baking Babes as the September 2010 bread of the month. Graham flour is easily available in Canada and I knew I could source all the other ingredients for the dough. The dough was rather heavy and not very pliable, my Kitchen Aid mixer was moaning from the effort while kneading, but it perservered and I ended up with two beautiful, “longish” loaves. I wanted to get them in length to two feet, but the dough resisted stretching and I didn’t fight it. I kept it in the oven good 15 minutes longer than Görel has originally suggested, but I believe this how inherently different our ovens must be. It came out handsomely risen with beautiful deep honey coloring. I was surprised that it didn’t taste overly sweet. It just had this elegant hint of sweetness which I liked a lot. It tasted superbly as the base for this dish of baked eggs with smokey paprika by Lara Ferroni. Many thanks to Görel for making this recipe available to us and congratulations to all the Bread Baking Babes on their anniversary.

Note:  This bread will be submitted to YeastSpotting, a weekly bread-baking roundup at Wild Yeast.

Bread Baking Babes obchodzą trzecią rocznicę i każdy, kto interesuje się pieczeniem chleba mógł się przyłączyć do uroczystości piekąc jeden z ponad 30 chlebów do wyboru wypieczonych przez nie w ciągu tych minionych lat. Postanowiłam więc i ja dołączyć. Ciężko było mi się zdecydować, który chleb, z tych wszystkich wyśmienitych wypieków wybrać. Wiedziałam, że musi to być chleb na zakwasie, oraz taki, którego jeszcze nie znałam. Jak tylko zoczyłam Brunkans Långa, na zakwasie z mąki grahamwej, zakwas, który musiałam sama wytworzyć, wiedziałam już, że to będzie właśnie ten chleb. Nigdy wcześniej nie piekłam skandynawskiego chleba i formuła stworzona przez Skandynawkę, Heléne Johansson, zdolną piekarkę, przyciągnęła moją uwagę. Sam przepis został przedstawiony przez Görel z Grain Doe jako chleb miesiąca dla Bread Baking Babes we wrześniu 2010. Nie ma problemu, żeby dostać mąkę grahamową tutaj w Kanadzie, a i pozostałe produkty były łatwo dostępne, co ponoć nie jest takie proste w Europie. Ciasto było ciężkie i sprężyste, a mój mikser do ciasta jęczał z wysiłku, gdy je wygniatał. Na szczęście wszystko poszło pomyślnie i na koniec miałam dwa długie bochenki, choć nie takie długie jak zalecał przepis (60cm), bo ciasto opierało się naciąganiu. W piekarniku trzymałam chleby całe 15 minut dłużej niż sugerowała Görel. Podejrzewam, że różnica w długości pieczenia wynika z zupełnie odmiennych piekarników jakie posiadamy. Chlebki udały się jednak przednio, wyszły z piekarnika przystojnie wyrośniete i w pięknym głębokim miodowym kolorze. Zdziwiona byłam, że chleb nie okazał się zbyt słodki, czego trochę się obawiałam sądząc po ilości cukru i miodu w przepisie. Świetnie się spisał jako baza do sniadaniowego dania z pieczonych jajek z wędzoną papryką z przepisu Lary Ferroni . Podziękowania dla Görel za wspaniały przepis i gratulacje dla wszystkich Bread Baking Babes.

How I Know the Spring Is Coming

Simply said, I engage in odd, brought by the promise of spring behaviours. To name a few of my quirky things, I’d start with the excitement that blooming flowers generate. I go and visit flower shops or florist departments in supermarkets, and stay there for long times. I smell, I touch, I admire the beauty. Occasionally, I buy a bloom or two (guilty of buying these gorgeous ranunculi in the picture), but the flowers are so expensive here and there is no custom of buying flowers for your home that usually I leave empty-handed. But then it’s friends and neighbours to the rescue, from whom I’ll receive a branch, a twig, or two. Who wouldn’t give the flower to a woman who stands at their fence and admires everything and anything blooming in their garden, most likely everyone – just to get rid of her. This tactics works every time. I renovate. Last year it was the bedroom overhaul, this year it’s the refinishing of our office furniture. It’s always lots of work and once I start, I curse the moment my judgement lapsed. Once I’m done though, I’m happy to have the work completed. I organize. For most people the New Year triggers this behaviour, but I only start to feel the need in late February or March. This year I signed up for the workshop that apparently will help me to control the paper clutter that surrounds me – receipts, magazine clippings, notes, recipes took over my desk and the shelves nearby. Major control is required. And lastly, I turn my face to the sun – like a sunflower. Sun screen, or no sun screen, it matters not. I know it’s not esthetically wise at my age, but there is no convincing me on this one. Being sun-deprived all winter, this is what we, the hibernating ones, do when the spring is coming.
Do you have your own, invoked by spring, weird behaviours you wish others didn’t notice? Please share.

Wiem, że idzie wiosna, bo oddaję się zajęciom, które dziwią nieco. Pierwszą rzeczą jest ekscytacja jaką odczuwam na widok kwiatków. Odwiedzam kwiaciarnie i spędzam tam godziny tylko przyglądając się, dotykając i wąchając. Od czasu do czasu uda mi się kupić jakąś roślinkę, ale są one tak nadzwyczajnie drogie, że zwykle wracam do domu z pustymi rękami ( wyjątkiem tych cudnych jaskrów azjatyckich widocznych na zdjęciu, którym nie mogłam się oprzeć). Wtedy na pomoc zdają się przychodzić znajomi i sąsiedzi, od których udaje mi się dość często wyłudzić kwiatka lub gałązkę stojąc przy ich płocie i wzdychając do wszystkiego co u nich kwitnie w ogrodzie. Wcześniej czy później, zostaję obdarowana kwieciem, co robią by się mnie szybko pozbyć – metoda ta działa znakomicie na korzyść obu stron. Remontuję. W zeszłym roku był remont sypialni, w tym roku jest odnawianie mebli w biurze. To zajęcie wiąże się właściwie z ciężką pracą i jak zaczynam to przeklinam moment podjęcia takiej nierozsądnej decyzji. Ale jak już robota jest zrobiona, to błogie uczucie zadowolenia oplata moją duszę i cieszy mnie świeżość jaka nagle zapanowuje w domu. Organizuję. Dla większości ludzi ten moment przychodzi już z Nowym Rokiem. Mnie on dopada pod koniec lutego kiedy to nagle zdaję sobie sprawę z chaosu jaki mnie otacza. W tym roku takim wyrzutem sumienia są papiery – rachunki, wycinki z gazet, notatki, przepisy, które zawładnęły moim biurkiem i każdą półka w pobliżu. Zapisałam się więc na internetowe warsztaty, które mają mi pomóc zapanować nad tą plagą – a pomocy wymagam solidnej. No i na koniec jeszcze jest mój zwyczaj wystawiania twarzy do słońca – jak słonecznik obracam głowę, z filtrem słonecznym na twarzy, czy bez niego, i tak wyciągam szyję choć z kosmetycznego punktu widzenia, ten zwyczaj powinnam zarzucić. Tak trudno jest jednak to zrobić, bo po bezsłonecznej zimie, każdy jasny promyk przynosi radość i wielką dozę nadzieji, że wiosna jest już blisko.
A jakie są Twoje, te dziwne, wiosną spowodowane zachowania, których, masz nadzieję ludzie wokół nie zauważają?

Love and Be Loved!

Happy Valentine’s Day!

Wesołej Walentynki!

Growing Hearts

From a little string of hearts to the big one. Last year in April I showed here a small plant called String of Hearts, and even though I see the thing daily, I still admire its vigorous growth over the span of ten months. I like to think, this little guy is the symbol of our collective human effort on this earth becoming more cohesive at last, more sensible, and more humane with each passing year. Egypt comes to mind as the exhilarating example of our emotional evolution – so cheers to our growing hearts!

Od małych serc do dużych – pamiętasz jak w zeszłym roku pokazałam tutaj roślinkę pod nazwą Ceropegia, lub inaczej “Sznur Serc”, i chociaż patrzę na nią codziennie, to nadal podziwiam jej pełen wigoru wzrost w upływie zaledwie 10-ciu miesięcy. Zaczynam o niej myśleć jako o symbolu na to nasze życie na ziemi, na ten nasz kolektywny ludzki wysiłek, który z roku na rok staje się coraz to bardziej koherentny, wrażliwy i humanitarny. Egipt przychodzi na myśl jako napełniający nadzieją przykład wzrostu naszej emocjonalnej ewolucji – zatem więc, niech rosną nasze serce coraz to większe!

Sit Down and Rest Awhile

I’ve decided to go back to my summer photos. We did quite a bit of traveling last summer and as I hurriedly shared some of the images in my impromptu travel posts, there were still a few that hadn’t made the first cut, but I felt, they carried some visual emotion, or a candid photographic message that might be worthwhile sharing.
To tell you the truth, I’m drowning in unsorted photos that I’ve been shooting indiscriminately for way too long. Finally, the time came that not only they’re unmanageable, boggling my hard drive, and slowing down the efficiencies of the photo-processing software I’m using, but my reckless approach is generally making A. lose his cool, as he is the only person I know who will methodically collect all the photos, gather them on an external disk, catalog, tag and back them up without one complaint. Yes, my lack of cooperation is reprehensible. So here I’m going to start solving this problem. As I go back to some of the past shots that might turn out note-worthy, I also, commencing today, sort, delete, tag and submit for storing my daily takes. Faithfully, every day, one shooting day at the time, they will slowly but surely disappear from this hard drive and will rest peacefully to be cherished, or trashed, by posterity. Uff! Hard work! I better sit down and rest awhile.

Zdecydowałam powrócić do co niektórych zdjęć z lata 2010. Udało nam się trochę popodróżować w zeszłym roku, i chociaż podzieliłam się niektórymi z tych zdjęć w szybkich blogach z podróży, to zostało jeszcze wiele tych, które choć nie zaliczyły pierwszej selekcji, to wydaje mi się, wyrażają trochę emocji, lub fotograficznie komunikują to co zdaje się przyciągać moją uwagę, gdy dane mi jest poruszanie się po świecie (otoczeniu) z aparatem w ręce.
Przyznaję się, że tonę w nieposortowanych zdjęciach, które strzelam bez kontroli już od bardzo dawna. W końcu musiał nadejść czas, kiedy nie mogę sobie już z nimi poradzić, ponieważ zaśmiecają mi dysk, spowalniają programy do obróbki, i do tego, moje lekkomyślne podejście do rzeczy powoduje, że A. zaczyna tracić cierpliwość, jako że on jest jedyną osobą jaką znam, która z rozmysłem zbiera, składa na zewnętrznym dysku, kataloguje, taguje, i cierpliwie tworzy zapasowe kopie wszystkich zdjęć jakie wpadną mu w rękę. Zdecydowanie mój brak kooperacji jest niewybaczalny, wiem. Dlatego wreszcie nastał moment, kiedy to przyłożę się do rozwiązania problemu, a nie do jego tworzenia. Począwszy od dzisiaj, codziennie, wiernie, sesja po sesji, moje zdjęcia powoli zaczną znikać z tego laptopa, i zostaną złożone dla potomstwa, ku jego radości, lub przekleństwu. Przyszłość pokaże. Uff! Odwaliłam kawał dobrej mentalnej roboty. Czas żeby przysiąść na krzesełu i odpocząć chwileczkę.

Bagels Debut

There is always the first time. And this first time was a long way coming. I prepared for the day when we’d have freshly-baked bagels for lunch back in May 2010 and bought the wild Pacific salmon, fresh from the smoker, so we could delight in the bagel staple of cream cheese, cold-smoked salmon, capers and shavings of onions. The salmon waited in the freezer for the bagel day, and then waited bit longer, and then still some. Finally, this past weekend I rolled up the sleeves and attempted my very first, sourdough bagels as per the recipe from Susan of Wild Yeast. I’ve long believed it was my duty to learn how to bake bagels not only for this simple reason that they are super tasty, but mainly because bagels originated from where I come from, and if bakers in Kraków, Poland were baking bagels since the 17th century, so I should, too. Interestingly, the 1610 document revealed in Kraków, explains how bagels were given to new mothers as gifts after the birth of their child, and to me this means they also must be very healthy, must they not? I just followed Wild Yeast bagel recipe faithfully and crossed my fingers. Thankfully, having no other bagel on display for comparison, I decided to declare this bake a success. If I were overly picky, I’d say they didn’t come out as pretty as some of the bagels’ bakes I’ve seen on the bread blogs. Mine cracked and expanded and bulged, but the end result was delicious, nevertheless, and the lunch was utterly scrumptious.

For Yeastspotting

Czasami ten pierwszy raz zabiera nadzwyczaj dużo czasu. Tak właśnie było z moim pieczeniem bajgli. W maju byłam zdecydowna na debiut. Świeżo uwędzony łosoś został zakupiony, po czym zaległ w zamrażarce na bardzo długo, bo dopiero w week-end zakasałam rękawy i ośmieliłam się na pierwszy w życiu wypiek bajgli na zakwasie. Od dawna tkwiłam w przeświadczeniu, że spoczywa na mnie odpowiedzialność upieczenia bajgli skoro pieczenie chleba jest czymś co robię z zamiłowaniem. Przyczyny są dwie przynajmniej. Po pierwsze, bajgle są wyjątkowo smakowite, po drugie, skoro pochodzą one z Polski, to jakże nie przyuczyć się jak to robić, zwłaszcza że krakowscy piekarze piekli je już w 17-tym wieku, to dlaczego nie ja? Z uwagą podążyłam za przepisem na bajgle z Wild Yeast – cóż mogłoby być łatwiejsze. Ponieważ nie miałam bajgli na porównanie, zdeklarowałam że mój wypiek był sukcesem i choć nie wygłądały jak z obrazka, bo popękały w jednych miejscach, a nadmuchały się w innych, to i tak skończyły jako smakowity kąsek na weekendowy posiłek.

Related Posts with Thumbnails