Archive for January, 2011...

Love Your Madeleines

Note to myself: when you happen to mention to the group of friends that you need one thing or another, make sure you’re ready to receive that thing, promptly and without delay I might add, as a gift from one of the said friends.  When we met in P.’s house in December to celebrate Christmas that was approaching, and enjoyed the out-of-this-world ossobuco that she made,  I flippantly mentioned that I was looking for a Madeleine cookie form.  Fast-forward to January and the group meeting again at M.’s house for the splendid raclette dinner, she presents me with the form without skipping a beat.  Another note to self:  don’t be caught off guard with the gesture and pretend you’ve been dreaming of baking madeleines all your life, and deny, with all conviction you can master, that you might have been influenced by the multitude of food bloggers who’d been baking these cookies and showing them off as of recent.  I accepted the form with gratitude, brought it home, and stared at it for over a week.  Yesterday though, I decided to give it a try.  All I have to say is that it perfectly complemented the bœuf bourguignon dinner I cooked yesterday for the family, but it tasted even better as a desert with a glass of St. Remy cognac today.  I believe Proust would approve.

Uwaga na przyszłość: jeśli zdarzy ci się wybełkotać w towarzystwie znajomych, że szukasz tego czy tamtego, bądź przygotowana(y) na pośpieszne otrzymanie takowego prezentu.  Gdy w grudniu spotkałyśmy się u P. na wspaniałym obiedzie z ossobuco, wspomniałam, że poszukuję formy na magdalenki.  W styczniu, na niezapomnianym spotkaniu, gdzie M. rokoszowała nas prawdziwymi raclette, zostałam obdarowana tą foremką zanim mogłam pojąć co się stało.  Druga uwaga na przyszłość: nie daj się zaskoczyć takim hojnym gestom i udawaj, że wypiekanie magdalenek jest dla Ciebie  marzeniem życia, oraz zaprzeczaj, że mogłaś ulec trendowi blogerów, którzy wydają się ostatnio piec i wychwalać swoje wypieki tychże maddalenek.  Z wdzięcznością przyniosłam formę do domu i przyglądałam jej się bacznie przez ponad tydzień.   W końcu, wczoraj, wypróbowałam to okrzyczane ciastko i przyznaję, że przypasowało świetnie jako deser do obiadu z bœuf bourguignon jaki przyrządziłam wczoraj dla rodzinki.  Dodam, że dzisiaj smakowały one jeszcze lepiej z lampką koniaku St. Remy.  Myślę, że Proust by pochwalał.

Impatient for Blooms

I’m certain, I’m almost done with winter for the year. The rain, low clouds, cold temps are wearing me thin, so I’m forcing the blooms every which way I can and casting the needed spring-enhancing spells.

Przekonana jestem, że wystarczy mi już zimy na ten rok. Deszcz, chmury, zimnica, wszystko to doskwiera na tyle, że tylko mi pozostaje czarować wiosnę i zachęcać do kwitnięcia wszystko co zielone.

I’ve Been Baking a Storm

How was your weekend, my Dears? Mine was very, very pleasant. I spent the lovely evening on Saturday at my friend’s M., who gathered us, the group of four, at her dinner table serving authentic Swiss raclette. The right dose of friendship, humour, outstanding food, and some wine always makes for adorable times, don’t you think? Besides socializing, I did a lot of bread baking – mass of it – 6 baguettes, 2 Hildegard’s spelt breads, 3 ciabattas, and 4 of seeded multi-grain sourdoughs. Yes, the sourdough is what I want to highlight. I came across the formula while checking out the weekly Wordless Wednesday post by Susan of Wild Yeast . The picture of the rising boules, bathed in the morning light made me stop and gaze at the image for long minutes. It was obvious I needed to do some baking of my own. I wanted my fingers to feel the elastic dough, to watch it rise, to have it respond to my baking incantations, to have its heavenly aroma permeate the whole of my kitchen. If the recipe didn’t call for hemp seeds, I would have started baking that very minute. Time passed before I located the seeds, but the bread was well worth the wait. Every bread I bake following Susan’s formula is a wonderful bake, and this was no exceptions. Flavours are extraordinary and I fell in love with the taste of hemp seeds in it. I urge you to try this bread yourselves, if bread baking is something you like to do. If not, find a friend who bakes and don’t leave their side until you taste this goodness.

Jak Wam minął weekend? Mój przeszedł nadzwyczaj miło. Spędziłam sobotni wieczór u M., która zebrała naszą stała miedzynarodową czwórkę przy dużym stole i serwowała autentyczne szwajcarskie raclette. Odpowiednia doza przyjaźni, dobrego humoru, świetnego jedzenia i pewnej ilości wina, zawsze gwarantują dobrze spędzony czas, czyż nie? Poza towarzyskimi spotkaniami, weekend zleciał mi na pieczeniu chleba, całej masy chleba. Upiekłam 6 bagietek, 2 chleby orkiszowe Hildegardy, 3 ciabatty i na koniec wieloziarnisty chleb na zaczynie z nasionami. I to właśnie o tym ostatnim chcę powiedzieć kilka słów. Odwiedzając blog Susan z Wild Yeast, a konkretnie przeglądając jej tygodniowe wydanie “Środa bez słów” zobaczyłam zdjęcie kulek chlebowych skąpanych w porannym świetle i tak przyjemnie było się im przyglądać, że zrozumiałam, że chyba powinnam sama oddać się pieczeniu choćby skromnej ilości chleba. Zatęskniłam za ciastem pod palcami, za całym tkliwym procesem wyrastania i za aromatem pieczonego chleba, który spowiłby kuchnię. Gdyby nie to, że przepis wymagał nasion konopi, to wkroczyłabym do kuchni od razu. Nie tak łatwo było znaleźć te nasiona, ale warto było poczekać. Każdy chleb pieczony według receptury od Susan jest udany, no i ten nie był wyjątkiem. Oprócz nasion konopi, ma on jeszcze sezam i siemie lniane, i to te nasiona nadają temu chlebowi niemożliwie orzechowy smak. Polecam ten wypiek każdemu kto piecze trochę chleba, a jeśli nie, to namawiam na znalezienie kogoś, kto to dla Was zrobi i pozwoli Wam wypróbować tę dobroć.

Bread Baking Buddies:  Hildegard’s Spelt Bread

As it turns out, I wasn’t the only Bread Baking Buddy who would accept the January 2011 Bread Baking Babes challenge with a bit of apprehension. A whole-spelt bread you say, Astrid? Yes, indeed! Astrid of Paulchens Food Blog, the Bread Baking Babe herself, chose this ambitious bake from the array of healthy breads. Read Astrid’s blog entry for details about her selection and the interesting tale of Hildegard of Bingen, the early Medieval Ages abbess from Germany, the author of this 800+ years old recipe.
I was happy to bake this excellent bread for two reasons. The bread is really tasty, the total bonus considering I had no idea what to expect. Secondly, it was a quick bake. Being used to the inordinate amounts of rising times of the sourdoughs I usually bake, this yeast bread was ready in the blink of an eye. It’s really nice to be able to start to bake a bread in the morning and eat it for lunch, and this is exactly how it went today. Sweet!

Hildegard’s Spelt Bread

    Ingredients:

400 grams spelt flakes
600 grams whole spelt flour
15 grams salt
40 grams fresh yeast – I used 16g instant yeast (thank you, Susan of Wild Yeast for the conversion)
200 ml milk, lukewarm
500 ml water, lukewarm
2 tablespoons lemon juice
1 tablespoon sunflower-seed oil

    Method:

1. Mix spelt flakes and spelt flour with the salt. Dissolve yeast in milk and combine everything to a “sponge”. Cover the bowl with a kitchen towel and let rest for about 15-20 minutes.
2. Add water and lemon juice to the sponge and knead – I used the stand mixer for all my kneading – for at least 15 minutes gradually adding the sunflower oil.
3. Form a dough ball and coat with warm water. Cover again with kitchen towel and let double in size – again, I followed the suggestion from Susan of Wild Yeast for 1-hour rising time. Knead for another 2-3 minutes - I let the mixer to rotate 10 times for this stage.
4. Cut dough in 2 equal parts and place each in a baking pan. Cut the surface of both breads about 5 mm deep and let rise again until doubled in size. Thanks to Susan of Wild Yeast for her note on shorter final rising. I had it rise for only 25 minutes and saw a nice oven spring afterwards.
5. Bake the first 15 minutes at 400°F, then lower heat to 385°F and bake for another 30 minutes.

As always, joining the Bread Baking Babes for the monthly bread-baking engagement turns out to be infinitely rewarding. Not only am I pushed out of my baking comfort zone, but I also end up feeling a bit smarter in the aftermath. How cool is it to actually put together, bake and taste the food that was eaten on this earth almost a millennium earlier. Talk about wholesome foods – this bread is the absolute perfection, Astrid. Thank you so much for the invitation to join. I loved the experience.

Okazuje się, że nie byłam jedynym “pomocnikiem piekarza”, który był trochę przejęty przyjęciem styczniowego wyzwania w pieczeniu chleba razem z Bread Baking Babes. Chleb z mąki orkiszowej? Otóż tak. Astrid z Paulchens Food Blog, która to należy do tej sławnej grupy Bread Baking Babes, wybrała właśnie ten oto ambitny chleb z całego asortymentu super zdrowych chlebów. Przeczytaj blog Astrid, żeby dowiedzieć się co motywowało ją do wyboru tego właśnie chleba, jak również, dowiedz się wszystkich interesujących szczegółów o Hildegard z Bingen, niemieckiej przeoryszy z zakonu Benedyktynek z czasów wczesnego Średniowiecza, która jest autorką tego już ponad ośmiusetletniego przepisu.
Cieszyło mnie pieczenie tego chleba z dwóch powodów. Chleb okazał się wyjątkowo smakowity, co jest totalnym bonusem, jako że pojęcia nie miałam czego oczekiwać po tym przepisie. Po drugie, pieczenie minęło w oka mgnieniu, nie tak jak chleby na zaczynie, które normalnie piekę, i które czasami potrzebują dni, zanim w końcu wylądują na stole. Oczywiście, miło jest zacząć piec chleb po śniadaniu i mieć go gotowym na lunch. Tak właśnie się potoczyło to pieczenie, co mnie niezmiernie radowało.

Chleb Orkiszowy Hildegardy

    Składniki:

400g płatków orkiszowych
600g mąki orkiszowej
15g soli
40g świeżych drożdży – ja użyłam16g drożdży typu instant
200 ml mleka, w temperaturze pokojowej
500 ml wody, w temperaturze pokojowej
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżka oleju słonecznikowego

    Sposób przyrządzania:

1. Połącz płatki, mąkę i sól. Rozpuść drożdże w mleku i połącz z suchymi składnikami. Nakryj miskę czystą ścierką do naczyń i odstaw na 15-20 minut.
2. Dodaj wodę i sok z cytryny i wyrób ciasto – ja użyłam miksera do ciasta – i wyrabiaj przez 15 minut, stopniowo dodając olej.
3. Uformuj kulkę z ciasta, posmaruj ciepłą wodą. Przykryj ściereczką i wyczekaj, aż ciasto podwoi swoją objętość – podążyłam za sugestiami Susan z Wild Yeast i pozwoliłam rosnąć ciastu przez godzinę. Następie, wyrabiaj ciasto przez 2-3 minuty - używając miksera, pozwoliłam maszynie zrobić 10 rotacji.
4. Podziel ciasto na pół i włóż każdą część w osobną foremkę do chleba (rozmiar foremki, w przybliżeniu, 8cmx20cm). Natnij każdy z chlebów wzdłuż na głębokość około 5mm i pozostaw do wyrośnięcia na 25-30 minut.
5. Piecz w temperaturze 200°C przez pierwsze 15 minut, następnie obniż temperaturę do 190°C i piecz jeszcze przez 30 minut.

Jak to się dzieje za każdym razem, dołączenie do Bread Baking Babes przynosi dużo zadowolenia. Jak zwykle, to doświadczenie wypycha mnie ze strefy komfortu, w którym tkwię. Na szczęście, każde z tych doświadczeń kończy się poczuciem, że czegoś się nuczyłam, i że może nawet jestem trochę bardziej zapoznana z tematem, który nie koniecznie, był mi wcześniej bliski. Czy to nie jest fascynujące, że udało mi się złożyć tę recepturę do kupy, wypiec co należy, i w na koniec, jeszcze spróbować jedzenia, które było spożywane niemalże całe tysiąclecie wcześniej. Naprawdę, jest tutaj mowa o prawdziwej, uczciwej żywności. Ten chleb jest według mnie doskonałym produktem. Astrid, wielkie dzięki za zaproszenie do pieczenia.

Hot, Cold, Missed, and Misplaced

We’ve left the lovely Phoenix to come back home at last. It must be the combination of Christmas, the new house, the time off, the Arizona sun that made me utterly unprepared to enter the January reality with the Vancouver’s drizzly nature. Everywhere I turn, I see people bursting with fresh, new-year God-given energy, exercising, organizing, and generally well-prepared to survive the two more months of winter that are inevitably coming. Meanwhile, I can hardly get back to regular work, let alone clean or organize anything. Even my beloved blog is getting the way-side treatment. Everything seems to be a tremendous effort these days and I so hope, there are souls out there who feel the same way. Mom says the reason for this might be our over-excited lifestyle of the last year with lots of travel and stimulation, which will make returning to routines really hard and will cause lots of unnecessary turmoil before things will settle down again. I hope she’s right. In the meantime, being a social disaster in winter as I am, I decided to embrace my laid back style without questioning and simply to wait it out until the time I finally snap out of my funk. So until this happens, forgive me while I sort through the duality of the hot Arizona and the cold and wet Vancouver, the missed deadlines, and all the misplaced resolutions I affirmed earlier in the year. Now is simply the time to be easy on oneself and this is what I’m doing. Hugs xoxoxo.

W końcu musieliśmy opuścić Phoenix i wrócić do domu. Połączenie Świąt, nowego domu, wolnego czasu i mnóstwa słońca spowodowały, że byłam całkowicie nie przygotowana na powrót do styczniowej rzeczywistości, łącznie z vancouverską mżawką. Gdzie nie popatrzę, widzę istoty tryskające noworoczną energią – nowych członków sal gimnastycznych, zorganizowanych i dobrze przystosowanych na przeżycie następnych dwóch zimowych miesięcy. Tymczasem, ja, ledwo daję radę wybrać się na czas do pracy, nie wspominam więc nawet o organizowaniu lub sprzątaniu czegokolwiek. Nawet mój blog jest traktowany odmownie ostatnimi czasy. Wszystko co robię wydaje się być ogromnym wysiłkiem i nadzieja tylko w tym, że są inni, którzy czują się podobnie. Mama twierdzi, że przyczyna tkwi w naszym przestymulowanym trybie życia w zeszłym roku, kiedy to podróżowaliśmy nadzwyczajnie wiele, więc powrót do rutyny musi być bolesny i potrwa on trochę zanim na nowo zaczniemy żyć regularnym trybem. Mam nadzieję, że Mama wie co mówi. W międzyczasie, ponieważ zawsze zimą, okazuję się być taką socjalną katastrofą, postanowiłam więc pogodzić się z tym swoim spowolnionym stylem bycia, nie kwestionować co jest, tylko wyczekać kiedy nadejdzie czas by się otrząsnąć z tego funkowego rytmu. Czekając więc na moment kiedy to nastąpi, cierpliwie sortuję dwoistość gorąca w Arizonie i zimna w Vancouver, wybaczam sobie wszystkie terminy, które przegapiłam i noworoczne postanowienia, które zaniedbałam. Teraz nastąpił czas na delikatne traktowanie, i to jest właśnie to co robię. Uściski xoxoxo.

Bright Mornings

I’m so grateful for each morning. Waking up, healthy and happy begs of nothing more than a cup of the freshly-squeezed orange juice from the abundant navel oranges, or any citrus fruit for that matter, that grow all around. And guess what, my wish is granted daily. Thank you!

Wdzięczność! Budząc się z rana, w szczęściu i zdrowiu, nie domaga się niczego więcej. No może tylko świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, które to rosną bez ogłady, one i każde inne cytrusy, w całej okolicy. I tak też się dzieje każdego ranka.

The Supporting Role of Photo Props

I was giddy when we entered the roadside antique store and found out that the owner had so much stuff already that he no longer was able to find display spots for his treasures, nor was he motivated to tag them. As such, he piled them carelessly in the last available space he could afford and was very willing to part with the possessions practically for nothing. So I rummaged ceaselessly through the mounts of stuff until I found what I liked, even if I didn’t need what I found. But, really, does need have anything to do with it? All that is of essence, that one day, maybe, I will take a picture and the item will just belong in it, perfectly complementing the subject matter. The life of photo props – solely in supporting roles.

Aż zacierałam ręce, gdy wkroczyliśmy do przydrożnego sklepu z antykami, bo okazało się, że właściciel nazbierał tak wiele dobra, że już absolutnie nie umiał znaleźć godziwego miejsca na ich eksponowanie, a już zupełnie stracił ochotę, żeby te swoje skarby wycenić, czy ometkować. Zamiast tego, upychał wszystko już w ostatnie ciasne, przestrzenie i był pozytywnie umotywowany, żeby rozstać się z kilkoma z tych rzeczy, praktycznie za bezcen. Wobec czego zanurkowałam w te starocie i szperałam tak długo, aż znalazłam co mi się podobało, nawet jeśli nie było mi to szczęścia potrzebne. Bo od kiedy to, zakupy tego typu, mają cokolowiek wspólnego z potrzebą. Co się liczy bardziej to to, że może któregoś dnia uda mi się zrobić fajne zdjęcie, a ten czy inny z tych przedmiotów wpasuje się w tę kompozycję idealnie i podniesie walory zdjęcia w bardzo wyważony, skromny sposób, jak przystało na taki nic nieznaczący rekwizyt, który występuje wyłącznie we wspomagających rolach.

Oh, Yes, I’m Cooking!

It might seem that I’m not engaging in faring us food daily, but I am. I’m a little shell-shocked presently, as the seasons are all standing on their heads and nothing makes a culinary sense to me anymore. I can understand citrus. Oranges and grapefruit abound here, in Arizona, at this time of the year, and this isn’t too unusual for me, as I kind of already learned that the best citrus is delivered to you in the winter months. But my heart will still jump when I see trees that literally bend and break under the weight of the citrus fruit they produce. Every time I see such an image I promise myself I need to get out, not far, merely a few blocks away, to snap pictures of the above. Well, I will – tomorrow. Other than citrus, there is plenty more. Lettuce grows on every field I pass, other winter greens are ever present, too. And then, there are the leeks. Leeks, I tell you, the tenderest, the sweetest. The leeks like I’m maybe lucky to snatch in May in Vancouver for the shortest of times, but here they are bountiful and beautiful. It’s not surprising then that I made the leek and potato soup with the tomato and basil swirl. There isn’t really a recipe, it’s all so simple. You just chop and saute lots of leeks, carrots, parsnips and celery in some of the best extra virgin olive oil you can find until they caramelize and taste sweet, about 25 minutes on low-medium heat. Then you add water and potatoes, spices to your liking and boil it softly for half an hour. Lastly, you can make it velvety smooth in your blender and garnish it with some salsa made of a fresh tomato, fresh basil and a pinch of salt. This is all it takes. Well, maybe add some crusty bread with it and you’re set.

Wydawać się może, że nie zajmuję się dostarczeniem nam codziennego pożywienia podczas pobytu w Arizonie tej zimy. Prawdą jest, że sezony ogrodnicze postawione są tutaj na głowie i trudno jest mi pojąć co jest kulinarnie, aktualnie w sezonie, a co nie. Rozumiem jak to jest z cytrusami. Wiadomo, najlepsze trafiają do nas zimą, więc w krajach gdzie rosną, są dośc pospolitym widokiem. Dla mnie jednak daleko jest do pospolitości. Jak widzę te gałęzie uginające się pod ciężarem pomarańczy to jest to widok tak egzotyczny dla mnie, że przyrzekam sobie nastrzelać zdjęć i pokazać je światu jako zjawisko nadzwyczajne. No i tak też zrobię jutro. Poza cytrusami rośnie tutaj w styczniu prawie wszysko. Sałata i inne zimowe zieloności jak burak liściowy, kapusta pastewna, rapini. No i są jeszcze pory – świeżutkie, młode i słodkie bez pamięci. Takich porów nie mogę kupić w Vancouver nigdy, no może w maju, przez bardzo krótki czas. Tutaj natomiast są one wszechobecne w styczniu. Nic dziwnego więc, że przygotowałam zupę z porów i ziemniaków z sosem ze świeżych pomidorów. Nie ma na tę zupę przepisu, bo przygotowuje się ją tak niewiarygodnie prosto. Kroisz tylko i podsmażasz na wolnym ogniu, w najlepszej oliwie z pierwszego tłoczenia, jaką możesz znaleźć, pory, marchewki, pietruszkę w korzeniu i seler, aż osiągną karmelizację, przez około 25 minut. Potem dodajesz wodę, pokrojone w kostkę ziemniaki, przyprawy według uznania i delikatnie gotujesz przez pół godziny. Na koniec wszystko miksujesz i przystrajasz sosem ze świeżego pomidora, bazylii i soli. To wszytko co trzeba zrobić. Możesz jeszcze podać z tą pyszną zupą trochę chleba z chrupiącą skórką, ale to już wszystko, żeby uszczęśliwić wszystkich przy stole.

Related Posts with Thumbnails