Archive for 2011...

Gingerbread and Lavender

This is to the different kind of Christmas. Quiet. A little sad. And mightily reflective. We skyped the Christmas wishes with the family. Just the two of us sat down to the Christmas Eve feast. We lost an elderly friend – Goodbye, Cecile! Yeah, it felt heavy at times. Yet, the raw emotions that accompanied the experience only heighten the appreciation for my family that will surely be here next Christmas, for the lights and candles glowing everywhere, for the gingerbread lending its heavenly aroma to the scene around, and for the lavender that’s blooming in December as if it forgot all the rules. Oh, yes, there are no rules! Toast with me to the different kind of Christmas!

To były nieco inne święta. Ciche. Trochę smutne. Pełne refleksji. Bliskość z rodziną zapewnił nam Skype. Do uczty wigilijnej zasiedliśmy we dwójkę. Odeszła od nas przyjaciółka domu – żegnaj Cecile! Tak, przytłaczały nas momentami myśli, ale te emocje co grzebią w sercu tak bez litości, jednocześnie tylko wzmagają poczucie wdzięczności za rodzinę, która zjedzie tu chmarą na święta w przyszłym roku, za migoczące, wypełniające nadzieją świąteczne światełka, za pierniki pachnące radością i za lawendę, która kwitnie w grudniu jakby życie nie miało żadnych reguł… O tak, życie nie ma reguł. Toast za te święta, co to czasami są nieco inne!

‘Twas Night Before Christmas

On this night before Christmas, I’m wishing you all healthy and wondrous times. Let your hearts glow and the feelings of joy shine through. May there be happiness everywhere!

Życzę Wam wszelkiej pomyślności, zdrowia i wielu magicznych chwil w tę wigilijną noc. Niech szczęście zapanuje w każdym zakątku świata.

The Gates Have Opened

I’m just stopping by quickly, to say ‘Happy Monday’ to you all. I’m already feeling better, and this is the reason for much optimism I feel. This, and the fact that we’re finally leaving for Arizona. I just can’t wait to savour the warmth of the sun on my face. Yes, the gates have opened and the positiveness is rushing back in. Much love to you all!

Jestem tutaj tylko przelotem, by życzyć wszystkim ‘miłego poniedziałku’. Już czuję się znacznie lepiej i to jest powód mojego olbrzymiego optymizmu. To, i fakt, że wreszcie ruszamy do Arizony. Doczekać się nie mogę kiedy poczuję ciepło promieni słonecznych na tej przybladnietej twarzy. Tak, otworzyły się nareszcie te bramy i pozytywne nastawienie do życia wypełnia mnie na nowo. Trzymajcie się zdrowo!

Change of Plans… Sigh!

No need to explain how it feels, right? Most of us got to experience the flu at one time or another. Needless to say, I’m just generally miserable and can’t believe that our trip to Arizona had to be postponed. A. is starting to feel crummy, too, so we’re rather a gloomy-drippy bunch. And so is the view outside our window. But, hey, I can see the light at the end of the tunnel and this should mean that the Christmas joyful mood shall return soon.

Nie ma o czym za dużo pisać, bo grypa to bolesny temat a prawie każdy jej już na sobie kiedyś doświadczył. Wystarczy, że nadmienię, że humor mi nie dopisuje, a podróż do Arizony została, niestety, odłożona do czasu kiedy powróci nam zdrowie. Ponieważ A. też zaczyna czuć się podle, to razem stanowimy dość ponure towarzystwo. Widok za oknem nam wtóruje. Ale jak zawsze nadzieja się tli i nawet zdjęcie mi podpowiada, że widać już światło na końcu tego tunelu, więc świąteczne nastroje powinny zawitać z powrotem już niebawem.

Simple Should Be the Theme

Here I spell my wish for this Christmas. I wouldn’t be happier if this Christmas turned out to be nothing more than glowing lights, decorations wrestled straight out of the Mother Nature, giving, limited to warm wishes and tender hugs, where good health is just implied. I guess, I’ve entered the realm of no need. How nice!

Oto moje życzenie na te Święta… Nic by mnie bardziej nie ucieszyło niż migoczące gwiazdki, ozdoby świąteczne wzięte prosto od Matki Ziemi, prezenty w formie gorących uścisków i ciepłych życzeń. Zdaje się, że właśnie wkroczyłam w strefę gdzie niczego mi nie trzeba. Miło!

Frosting

I’ve suddenly realized that the frost that we’ve been having for the last week or so, might be my closest, if not the only, encounter with the wintry Spirit of Christmas this year. I took it then as a sign that I should expeditiously open my heart to all things Christmas and without delay I started decorating for the holidays. I figure, if I don’t do this now, the whole season will be lost on me, especially that we’re heading out to Arizona in a few short days and the permanent sun rays, mild temperatures, and the desert there, though closer to what the original Bethlehem scene might have been over 2000 years ago, surely won’t invoke the traditional Nordic Christmas atmosphere that’s so deeply engraved in my Northern European mindset. Remember my musings about the branches, twigs, and mosses from a few days ago? Well, a trip to the forest had happened and I managed to put together a few of the favourite Christmas decorating ideas of mine. I should be showing them to you shortly, but how about you? Have you decorated your cozy abode for Christmas yet?

Nagle zdałam sobie sprawę, że te mroźne poranki, do których to ostatnio się budzimy, mogą być jedyną okazją, jaką mogę mieć w tym roku na wprowadzenie się w świąteczny nastrój. Potraktowałam więc ten mróz jako znak na niebie i pośpiesznie zaczęłam otwierać serce na wszystko co ze Świętami się kojarzy i dekorować dom na tę okazję. Pojęłam też, że jeśli nie uczynię tego teraz, to świąteczny nastrój może mnie już w ogóle nie nawieść, zwłaszcza że za kilka już dni wyruszamy do Arizony, gdzie nieustające słońce, ciepło i pustynia, choć być może bliższe tej oryginalnej betlejemskiej scenie sprzed ponad dwóch tysięcy lat, to z pewnością nie pomogą we wprowadzeniu w typowy, tradycyjny, zimowy, świąteczny nastrój. Tak więc, w weekend, miejsce miała wycieczka do lasu, gdzie gałęzie, patyczki, szyszki i mchy zostały skrzętnie zebrane, i z których to udało mi się zrobić kilka z moich ulubionych dekoracji. Mam nadzieję pokazać je niebawem, może nawet jutro. A tymczasem, jak Wam idzie świąteczne dekorowanie?

Comments Off

Rampageous Before Christmas

Yes, rampageous, disheveled, disorganized, and chaotic – I’m all of these things of recent. Yet again, when the Season approached, instead of being gently nudged to get my mind and body into the Christmas spirit, I was ambushed by the miscellany of the Christmas needs, wants, should haves and musts. Surprisingly, I didn’t go into the Christmas overdrive, like I faithfully do each year, but rather entered the state of the pre-holiday stupor, where I remain for the time being, bombarded by, but impervious to images of Christmas; those depicting gorgeous rustic, woodsy decorations, twiggy stars, candles set in moss, fragrant ginger cookies, mouth-smacking eggnog, festive foods, and chic Christmas presents. All of them are scattered all over my jumbled mind, waiting for the moment when they finally fall into their preordained Christmas place. Until this happens, see my uruly collection and try to relax.

Taka jestem roztrzepana, zmierzwiona, niezorganizowana i chaotyczna ostatnio. Bo jak zwykle, przecież, gdy nadchodzą Święta, zamiast wkroczyć łagodnie i dostojnie w okres przedświątecznych przygotowań, zostałam zaatakowana natłokiem świątecznych zachcianek, wymagań, konieczności i obowiązków. Wyjątkowo jednak nie włączyłam tego motorka, jak to mi się co roku zdarza, lecz za to, zawładnęła mną przedświąteczna leniwa melancholia, w której tkwię dość wytrwale i choć bombardowana jestem z każdej strony, to pozostaję bierna i nie poruszona świątecznymi scenami wypełnionymi uroczymi, leśnymi dekoracjami, gwiazdami z gałązek, świeczkami wciśniętymi w puszyste kępy mchu, pachnącymi piernikami, wyśmienitymi daniami, czy szykownymi prezentami. Wszystkie one tłuką mi się po głowie w wyczekiwaniu na moment kiedy to wreszcie znajdzie się dla nich to wyczekane miejsce w gwiazdkowej scenie. Póki co jednak, zerknij na tę chaotyczną kolekcję i spróbuj się zrelaksować.

How I Get to Know the Desert Wildflowers

Little by little, I get a bit more acquainted with the flowers that live in the desert. The summer has passed, the time when they were scarce. But now, when apparently the rainy season is upon us, they re-appear. I smile, no, I smirk. Rainy season? Have these Arizonians ever been to the Pacific Northwest? But I digress. As the rainy season starts, so the desert plants grow vivaciously and they bloom eagerly. The ground looks still thirsty for water. But only to me, the untrained, the unfamiliar soul.

Powoli, zaczynam zapoznawać się z pustynnymi kwiatami. Lato już minęło w Arizonie, czas kiedy kwiatów na pustyni nie ma. Teraz, gdy nastała pora deszczowa, pojawiają się na nowo. Wybaczcie, ale nie umiem przejść do porządku dziennego nad tą “porą deszczową”. Doprawdy, żaden deszcz jakiego tutaj doświadczyłam, nie kojarzy mi się z porą deszczową. Ci Arizończycy oczywiście muszą nie wiedzieć co to znaczy deszcz w Vancouver. No ale zboczyłam z tematu. Otóż, jako że pora deszczowa zawitała, to i pojawia się pustynna roślinność i zaczyna zakwitać z rozmachem. Ziemia nadał wygląda na stęsknioną za deszczem, ale tylko mi się tak wydaje, duszy nie wytrenowanej jeszcze w pustynnych prawidłach.

Related Posts with Thumbnails
Comments Off