Archive for 2010...

I want a Vespa…

Is it the snob in me? Very likely. Is it the memory of the many good moments spent when these were zipping happily by? Definitely. Is it the drive to experience life on a local scale? By all means. I just want to own a Vespa (preferably), but I will be happy with whatever scooter brand name happens to enter into my possession. The Vespas tug at my heart for they’re über-cute and I’m going gangbusters when I see one. I know though, until we’re ready to relocate, away from this rainy country we live in, there will be no Vespa for me. Thus I keep wistful glances at any Vespa passing me by.

Czy to snobizm?  Zapewne.  Czy to wspomnienia tych miłych momentów kiedy jedna za drugą przemykały przede mną?  Zdecydowanie, tak.  Czy to nadzieja, że moje życie będzie na tyle lokalnie skoncentrowane, że samochód okaże się zbędny, a Vespa bezwzglednie konieczna?  Oczywiście. Po prostu bardzo bym chciała posiadać Vespę (tak Vespa byłaby miła), ale zadowoli mnie skuter każdej marki.  Vespa chwyta mnie mocno za serce, jest taka urokliwa i kształtna, że na jej widok właściwie to tracę nad sobą panowanie.  Wiem jednak, że dopóki mieszkam w tej naszej krainie deszczowców, to o Vespie mogę tylko pomarzyć.  Zatem zerkam sobie na Vespy w okolicy i wzdycham tęsknie.

Essentially Mediterranean

I’m browsing through the summer pictures and am re-living the experiences. There are so many things I’d like to share here. I hardly know where to start. When this picture caught my attention, I instantly thought it was the essence of what I perceive the Mediterranean lifestyle to be. It’s so personal that I’m sure you’ll have a totally different outlook, but that’s the whole point. You might think: the endlessly blue skies, the emeralds of the water, the tan hues of the limestone, the warm yellows of the stucco houses. If you ask me, you’ll find out that it’s this Vespa that hints at the freedom I tend to feel when I’m there, the beach basket – the staple of the Spanish beach, or the sun-bleached walls that guarantee cool shades away from the hot sunshine. So I sit quite content here, in the chill of this fall afternoon, thinking that whatever we consider to be essentially Mediterranean, we’re all right. Getting these memories in the first place was the blessing, storing them in our mind was the ingenuity, but calling onto them when the summer feels farther away than ever, this is what’s so damn precious.

Przeglądam zdjęcia z wakacji i przeżywam wszystko na nowo. Tyle jest do opowiedzenia, że nie wiem gdzie zacząć. Gdy przyuważyłam to zdjęcie, natychmiast pomyślałam, że godnie ono representuje wszystko to co kojarzy mi się ze śródziemnomorskim nastrojem. Ale są to tylko moje skojarzenia, Twoje będą z pewnością inne. Może przywołasz z pamięci ten niekończący się błękit nieba, i azur morza, kolory piaskowca, czy kolory tynków na domach. Ja natomiast wyznam Ci, że to ta Vespa, symbol wolności jaką odczuwam, gdy tam się znajdę, że ten plażowy koszyk to wszystko co mi trzeba, żeby zatęsknić za tamtejszą plażą. Wybielone ściany kojarzą mi się ze słońcem i cieniem jednocześnie. Więc siedzę sobie zadowolona, oddając się tym myślom w to chłodne jesienne popołudnie i dochodzę do wniosku, że cokolwiek to nie jest co kojarzy się nam z tym niepowtarzalnym regionem, to wszyscy mamy rację. To, że udało nam się pozyskać takie wspomnienia, to już jest wielkim darem. To, że je skrzętnie poskładaliśmy w pamięci jest świadectwem naszych umiejętności. Ale to, że możemy powrócić do tych wspomnien do woli, zwłaszcza teraz, gdy lato jest tak niemożliwie daleko, jest największą radością.

Comments Off

The Taste of Honey

I’ve never known there were so many distinguished tastes to the honey.  But one day, almost at the very end of our European vacation 2010, we attended an inconspicuous event in one of even more inconspicuous towns of the Polish Lower Silesia - Przemków, the Honey Festival. It featured the cornucopia of farmers’ produce from late fall vegetables, locally made cheeses, sourdough breads, and most importantly, country-wide famous honey producers. I would mouth out-loud the litany of plant names that established the honey varieties I had no idea bees would be interested in: linden, acacia, buckwheat, heather, canola, or simply multi-flower. These, indeed, tasted distinctively differently from one another and this was when I started to wonder why, when you walk into a Canadian supermarket, all you buy is just plain honey. What kind of honey, you plead. Nobody knows. Thankfully, there are ways to get your hands on the real thing. There are enough of the home-based honey makers around to get your honey-sticky fingers on the honey variety you like. Back there, in Przemków, it was the first time I tested the heather honey. It was the type my Mom wanted to try for some reason and, indeed, it was most likely the most fabulous honey I’ve ever tasted.  I’m a big believer in the slow-food movement, locally grown foods, and artisan food produced on a small scale. These are all still easily found in the old good Europe even though the mass production is as pronounced there as it’s here. But somehow, the poor, the humble, the rustic finds its way to homes like ours and the homes of many of my friends, who appreciate the effort of the healthy food made from scratch and who know the good thing when it happens to them.

Nie miałam pojęcia, że istnieje tyle rodzajów miodu, każdy ze swoim odmiennym smakiem. Pewnego dnia, już pod koniec naszych europejskich wakacji tego lata, odwiedziliśmy Przemków na Dolnym Śląsku. Takie mało znane miasteczko, organizujące mało znaną imprezę pod tytułem “Festiwal Miodu i Wina”. Oprócz miodu, można było nacieszyć oko wszystkim co ziemia rodzi i ludzkie ręce są w stanie z tego wyprodukować – ekologicznie rosnące warzywa, domowe sery, chleby na zakwasie, nalewki, no i oczywiście cały zastęp miodów. Nigdy nie przypuszczałam, że pszczoły robią miód niemalże z każdego kwiatu – lipy, akacji, gryki, wrzosu, rzepaku i wszystkich dowolnych połączeń. Każdy z tych miodów smakował inaczej i zastanawiam się jak to jest, że gdy wchodzę do kanadyjskiego supermarketu to mogę kupić tylko miód. Jaki miód? Nikt nie wie. Na szczęście, jest kilku domowych producentów miodu w okolicy, że jak chcę to znajdę i taki prawdziwy, uczciwy miód. Tam też, w Przemkowie, poraz pierwszy spróbowałam miodu z wrzosu, którego to zresztą szukała Mama, ale bez skutku. Jest to z pewnością najlepszy miód jaki kiedykolwiek próbowałam. I tak właśnie, z sentymentem wspominam ten dzień, bo żeby mieć na codzień dostęp do naturalnie produkowanej żywności, to trzeba chcieć, trzeba zabiegać i trzeba wspierać ten ruch stojący w opozycji do fast-food. Slow-food jest jeszcze tylko trendem, ale z każdym dniem przybywa więcej konsumentów zainteresowanych lokalnie hodowanymi warzywami czy serami i chlebem produkowanymi na mała skalę. Zdecydowanie łatwiej jest się na nie natknąć w Europie niż w Ameryce, ale jakbym na to nie patrzyła, to widzę, że i mój dom, jak i domy wielu moich znajomych preferują te proste, skromne, rustykalne produkty i doceniają trud wniesiony w gotowanie domowego obiadu, z rodziną, czy też z przyjaciółmi. Instynktownie czują, że to co robią warte jest całego tego zachodu.

Bread Baking Buddies: Broa

I thought, due to time constraints, I would not be able to bake this bread with other Bread Baking Buddies. But the Bread Baking Babes made it look so enticing on all of their respective posts, that I joined in, not sure whether I would make it work on time. Broa is a Portugese corn bread and was chosen by the Bread Baking Babe Elizabeth as the October 2010 bread of the month.  The process seemed simple enough, although it did not escape my attention that the recipe asked for definitely longer fermentation and rising times than what I had expected.  Since I started mixing with the deadline for post submission just mere three days away, half way through the bread baking I knew I was in trouble.  I ran out of time once the first rising was complete.  It was late into the night already and the only sensible thing left to do, was to stick the bread in the fridge and pretend I was incorporating the professional bread baking stage – retarding – into the recipe.  The following day, I only had the afternoon to complete the final proofing stage and bake the bread.  At this point, I did not think the retardation did the bread much good.  It rose fairly well, but it was lazy to start the second rising after all the chilling, and I still had to bake it and take pictures, while the light outside was quickly waning.  I learned this lesson earlier in my bread baking attempts – don’t rush the bread dough, it has the mind of its own, it will be ready when the time comes.  But did I take note?  Unfortunately not.  I slipped this Broa into the oven too soon.  I could tell it responded well to the first wave of heat, but then there was too much of it afterwards and it did not grow much after that.  Oh, well.  The next time will be better, I hope.  After all, I always learn a thing or two when I become the Bread Baking Buddy.  I’ll return to this bread again and, that time, I will grind the corn meal lightly, as suggested by one of the Bread Baking Babes.  I, too, thought the corn meal I got was a tad too coarse for this bread.  I will also start baking Broa early in the morning to allow for all the rising it needs and so I don’t bake the bread for two days and photograph it on the third. Fortunately, the Broa tasted devine.  Heavier and denser than most of the breads I bake, but the taste of corn was definetely its greatest highlight.  It went fabulously well with this fantastic Red Kuri Squash and Root Vegetable Soup.

Ponieważ zbyt późno przyłożyłam się do pieczenia tego chleba, wydawało się, że nie dołączę w tym miesiącu do Pomocników Piekarza. Ale oglądając blogi Bread Baking Babes nabrałam wielkiej ochoty, żeby do tego pieczenia się jednak przyłączyć, mimo że mogłam nie zdążyć na czas. “Broa” jest kukurydzianym chlebem pochodzącym z Portugalii i został wybrany przez jedną z Bread Baking Babes – Elizabeth jako październikowy chleb miesiąca. Cały proces wyprodukowania tego chleba wydawał mi się dość łatwy, aczkolwiek zwróciłam uwagę na zdecydowanie dłuższe czasy fermentacji ciasta, niż te do których przywykłam. Jako, że zaczęłam mieszanie ciasta zaledwie na trzy dni przed upływem terminu wysłania linka do bloga z tym chlebem, już po pierwszym wyrośnięciu wiedziałam, że będę miała zbyt mało czasu. Ciasto wyrosło pięknie, ale niestety była już późna noc, żeby czekać na koniec drugiej fermentacji. Jedyną rozsądną rzeczą jaką można więc było zrobić, to wsadzić chleb do lodówki i udawać, że poddaję go procesowi “uwstecznienia” ciasta, jak to robią profesjonalni piekarze w przypadku kilku chlebów. Następnego dnia ponownie zajęłam się chlebem dopiero po południu, po powrocie z pracy. Należało pozwolić mu ponownie wzrosnąć, upiec go, no i jeszcze obfotografować. Wszystko to, gdy naturalne światło za oknem zanikało z każdą minutą. Wydawało mi się też, że schłodzenie ciasta nie koniecznie pomogło mu, jako że do drugiego wzrośnięcia dochodziło bardzo ociężale. Już wcześniej nauczyłam się, dzięki próbom piekarskim jakie przeszłam, że ciasta nie należy poganiać. Urośnie kiedy urośnie, ale czy przyjęłam sobie to do wiadomości? Skąd! Niecierpliwa, wpakowałam chleb do piekarnika definitywnie za wcześnie. Pierwsze fale ciepła pewnie mu nawet posłużyły, bo zaczął szybko wzrastać, ale niestety, pierkarnik był zbyt gorący, żeby to rosnięcie kontynuował. No cóż! Mam nadzieję, że następny raz będzie bardziej pomyślny. Każde pieczenie chleba gwarantuje jakąś lekcje. Z pewnością, następnym razem, lekko podmielę kaszkę kukurydzianą, tak jak sugerowała jedna z Bread Baking Babes. Ja też uważam, że była ona nieco zbyt grubo zmielona. Również, rozpocznę pieczenie z samego rana by dać chlebowi czas na wyrośnięcie, no i żeby nie piec jednego chleba przez dwa dni i fotografować go dnia trzeciego. Na szczęście, broa smakował wyśmienicie. Jest cięższym i bardziej zbitym chlebem, niż te które zwykle piekę, ale jego kukurydziany smak był jego największą zaletą. Doskonale pasował do tej świetnej zupy z dyni piżmowej i innych korzennych warzyw.

Jeśli zainteresowani jesteście przepisem na broa przetłumaczonym na polski, wyslijcie mi email lub zostawcie komentarz na blogu.

Nasturtia

I welcomed the burst of the hot red-orange and bright green into my home. M. brought me a beautiful bouquet of roses, fuchsia, mums, and nasturtia. And it was this small bundle of the nasturtia that had me staring with adoration. How is it possible that this late, almost fall-time flower can still carry so much of the summer attitude?

Z radością przyjęłam do domu ten ostro pomarańczowo-zielony zestaw. M. obdarowała mnie imponującym bukietem z róż, fuksji, chryzantem i nasturcji. I to te nasturcje sprawiły, że nie mogłam oderwać od nich wzroku. Jak to możliwe, że ten późny, już prawie jesienny kwiat niesie w sobie jeszcze tyle letniego nastroju?

Comments Off

Red & Delicious

How cool is it to receive such a thoughtful, gorgeous, and practical hostess gift? My friend P. brought it to me yesterday when she arrived for the girls night in. None of the apples got eaten, either. I would not approve if it were too happen – too pretty.

Czyż to nie jest nadzwyczajnie miłe otrzymać taki piękny i praktyczny upominek jako gospodyni domu? Moja koleżanka P. przyniosła to wczoraj przy okazji “babskiej” imprezy u mnie w domu. Wszystkie jabłka też ocalały, na których zresztą zjedzenie bym pewnie nie przystała – zbyt ładny jest to prezent.

Comments Off

How I Baked an Apple Cake

I’m not a cake baker.  I have tried to meager results, so my motivation level stays low.  Having said that I should clarify that I adore cakes.  Any baked fare that includes flour, sugar, and fruit (there has to be fruit in, or the cake means nothing to me), gets my attention.  It also gets A’s. attention as he’d rather had me not make it at all, so we didn’t have to eat it, and, as a consequence, watch our hips grow.  He’s entirely missing the point, don’t you think?  Having ignored his comments once more, I ventured into the production of this adorable, very tasty, and very healthy apple cake.  The main reason for it was our trip to the organic grain mill in Chilliwack, B.C. where I got loads of fantastic gluten-free flours – kamut, spelt, quinoa, and brown rice.  The abundance of apples at every turn had definitely something to do with the selection of the cake, as well.  The recipe comes from Kate Gover of Lahloo Tea via Design*Sponge (follow this link for the recipe). The cake’s name is Assam “Chai-der” Apple Cake for the chai tea and apple cider soaking mixture that gives the dried fruit and nuts the distinctive tea flavour.  This cake was definitely loved around here, why don’t you try it?

Nie umiem piec ciast. Próbowałam, ale rezultaty były raczej mierne, więc nie mam motywacji do słodkich wypieków. Zdecydowanie raduje mnie spożywanie ciasta, zwłaszcza upieczonego przez kogoś innego. W zasadzie to każdy wypiek z mąki, cukru i owoców natychmiast przykuwa moją uwage, ale owoce są obowiązkowe. A. ma trochę inne podejście do tej kwestii. On wolałby, żebym w ogóle nie piekła, żebyśmy nie musieli potem się objadać i patrzeć jak poszerzają nam się biodra. Czy taki punkt widzenia może do kogoś przemówić? Ignorując więc ponownie jego komentarze, oddałam się pieczeniu tego ładnie wyglądającego, smacznego i potężnie zdrowego ciasta. Kilka dni wcześniej przywieźliśmy zapas mąk bezglutenowych – z komosy, orkiszowej, kamutowej i z brązowego ryżu – z ekologicznego młyna w Chilliwack. Do tego jabłek jest wszędzie masa w te jesienne miesiące, więc i one wpłynęly na wybór przepisu. A przepis pochodzi od Kate Gover z Lahloo Tea przedstawionej w Design*Sponge. To ciasto nazywa się Jabłecznik “Assam chai-der” dzięki zalewie z czaju i cydru, od której moczone suszone owoce i migdały nabierają charakterystyczego herbacianego smaku. Ciasto spotkało się z dużą aprobatą i domowników i gości, więc zachęcam do wypróbowania.

Składniki:
100 g rodzynek
50 g pociętych migdałów
1 duże jabłko, wykorowane i pocięte w dużą kostkę
350 g cydru grzanego z 5 gramami liści mieszanki herbacianej czaj
250 g mąki orkiszowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
150 g brązowego cukru
1 jajko
1 1/2 łyżeczki cynamonu
1 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

Sposób przyrządzania
1. Zalej rodzynki i migdały cydrem zaparzonym z czajem. Pozostaw do namoczenia przez noc.

2. Nagrzej piekarnik do 175 stopni Celsjusza i nasmaruj masłem foremkę do pieczenia.

3. Dodaj mąkę, cukier, roztrzepane jajko, jabłko i przyprawy do zalewy z rodzynkami i migdałami. Dobrze wymieszaj.

4. Przełóż ciasto do foremki i piecz przez 1 godzinę i 15 minut, testując czy patyczek wsunięty w środek wychodzi suchy.

5. Wyłóż z foremki do wystygnięcia.

Luscious

I can’t say for sure, but I repeat after a few sources of mine that the summer 2010 was warmer and sunnier in all of British Columbia than any other summer in recent memory.  The warm months are all gone now, so it’s perplexing a bit why the fall continues to be that spectacular.  When we walked to the Cheakamus Lake through the Pacific Northwest temperate rain-forest the weather was actually gorgeous, sunny with blue skies, quite unlike the local, seasonal weather conditions.  Yeah, the temps are mild here all year round, with lots and lots of rain guaranteeing plentiful humidity. When these are factored together, the flora takes off and it grows unencumbered, slowly mind you, but for a very long time. This all shows, believe me, when you walk in one of these forests. You’re immediately dwarfed by giants of the trees – western hemlock, sitka spruce, douglas fir, and western redcedar dominate the space. Their magnificence combined with the smells, the mists, and the luscious greenery create an incredible mood, akin to a fairy tale with a touch of the Jurassic Park added there for good measure.

Podobno, jak moje źródła zeznają, tegoroczne lato należało do najcieplejszych i najsłoneczniejszych w Kolumbii Brytyjskiej odkąd pamięć sięga. Skoro letnie miesiące już za nami, dlaczego jesień kontynuuje ten trend? Gdy w zeszłym tygodniu wędrowaliśmy nad jezioro Cheakamus przez północno-zachodnie wilgotne lasy strefy umiarkowanej w tej części wybrzeża Pacyfiku, pogoda była niewiarygodnie piękna – słońce i niebieskie niebo zupełnie nie przypominały typowej lokalnej aury. Rzeczywiście, klimat mamy tutaj zdecydowanie umiarkowany, z łagodnymi temperaturami, bezmroźny i bez radykalnych upałów. Za to deszcz pada u nas więcej i częściej niż w innych miejscach na ziemi. Ciepło i wilgoć – dwa czynniki, które tworzą idealne warunki dla wzrostu roślinności, powolnego raczej, ale za to przez bardzo długi okres czasu, w efekcie pozwalając jej osiągnąć gigantyczne rozmiary. Widać to po wejściu do tej pacyficznej dżungli. Natychmiast czujesz się jak karzeł przy tych ogromnych drzewach – choina kanadyjska, daglezja, świerk sitkajski i sekwoja dominują przestrzeń w lesie. Ich wspaniałość, w połączeniu z zapachami, mgłą i soczystością zieleni, tworzą bajkowy nastrój, ale taki trochę z posmakiem parku Jurassic.