Archive for November, 2010...

The Desert Etched in My Mind

I knew I would be missing the warmth of the desert and the serenity of the region long before we would’ve made it back home to British Columbia. And I was right, too. The long drive home only exacerbated the reluctance to enter the rainy and damp climate at home and the temperatures hovering around the zero mark weren’t especially inviting either. The house purchase in Arizona went all well. We found one we loved, but we had to leave in the midst of the usual house-related busy-work of inspections and escrows, so it feels a bit like we left some unfinished business there and it only adds to my eagerness to go back to Arizona as soon as possible. And this, actually, is the plan. Once we finalize the purchase, we’ll head back there for Christmas to spend it with family and friends. So for the time being, I can only recall and delight in the images of the warm desert, and I hope you will, too.

Już na długo przed tym zanim dotarliśmy z powrotem do domu w Kolumbii Brytyjskiej, wiedziałam że brakować mi będzie ciepła i spokoju pustyni. No i nie myliłam się. Długa podróż samochodem wydawała się tylko wzmagać niechęć do powrotu do dżystego i mokrego klimatu jakim przywitał nas dom, a temperatury w okolicach zera również nie nastrajały zachęcająco. Z dobrych wieści to to, że zakup domu przebiegł pomyślnie. Znaleźliśmy dom, który polubiliśmy natychmiast, ale niestety, musieliśmy pozostawić dokończenie interesów typy inspekcje i zapisy w księgach wieczystych, dlatego też mam poczucie nie zakończonego biznesu, które podsyca tylko chęć jak najszybszego ponownego wyjazdu do Arizony. I taki, w zasadzie mamy plan. Jak tylko oficjalnie zakończymy transakcję, spędzimy Święta i Nowy Rok w nowym domu w Phoenix razem z rodzinką i może kilkoma przyjaciółmi, jeśli dadzą się namówić. Póki co więc, pozostaje mi tylko powrócić w myślach do tych pustynnych obrazów i cieszyć się nimi jako godnym zastępstwem. Mam nadzieję, że i Tobie przypadną one do gustu.

Quaint Little Church

I’ve been in full adoration mode since the day we’ve arrived to Phoenix. I know, I know, the weather has plenty to do with it, especially once the news of true winter, snow, and sub-zero temperatures back in Vancouver finally made the required connections in my sun-induced and tequila-de-accelerated brain. It’s lovely here. I’m still coping with the news that people here play golf all year round and they denounce work any time it rains for both practical and soul-nurturing reasons. But even when these sensible points are put aside, I still gasp every time I see blooming oleanders and bougainvilleas in the middle of November. Add to this the never-clogged freeways and the most beautiful landscaping along them I’ve seen, hands down, anywhere in the world, you are bound to be falling in love with this place the way I am. There is one more thing, a small thing I look for anywhere I go – the feel of the old and the authentic, the old ways that made the place what it is today. In Phoenix, I didn’t have to look far. We went to look for some open air farmer’s markets and we ended up on Guadalupe Road where we came across this little church, bathed in the mid-day sunshine, left alone and totally peaceful. I could only imagine how differently it was going to look come Sunday morning with the burst of vivid colour, once the Sunday worshipers made their way to the morning mass.

Od dnia przyjazdu do Phoenix trwam w pełnej adoracji miasta. Zapewne pogoda poważnie przyczynia się do takiej opini, zwłaszcza gdy docierają do mnie wreszcie wiadomości o pełnej zimie w Vancouver, ze śniegiem i minusowymi temperaturami, co nie jest proste bo mój omamiony słońcem i spowolniony tequilą mózg, nie przyswaja sobie informacji łatwo. Z zachwytem dowiaduję się, że ludzie tutaj grają w golfa przez cały rok i zarzucają pracę gdy pada deszcz, zarówno z praktycznych przyczyn, jak i tych spowodowanych duszą. Ale nawet, jeśli to nie są argumenty, to ja i tak zachwycam się gdy widzę w listopadzie kwitnące oleandry i bugenwille. Gdy dodasz do tego autostrady bez korków i fantastycznie czyste, zagospodarowane i upiększone tereny, to nie zdziwisz się, że systematycznie zakochuję się w tym kraju. Zwykle jest jednak jeszcze jedna mała rzecz, której wytrwale szukam gdziekolwiek trafiam – to poczucie tradycji i zacnych zwyczajów, to co ukształtowało to miejsce i przyczyniło się, że jest dzisiaj takie jakie jest. W Phoenix nie szukałam długo. Wyruszyliśmy na zakupy na zielony rynek w starej dzielnicy Mesa i przypadkiem trafiliśmy na ten stary kościółek Matki Boskiej z Guadalupe. Totalnie wybielony południowym słońcem, wyglądał na opuszczony, całkowicie pogrążony w ciszy. Pozostało mi tylko wyobrazić sobie jak powraca do życia i oczarowuje kolorami gdy nadchodzi czas na poranną niedzielną mszę.

Saguaro Triptych

We’ve been busy searching for a house for more than a week, here in Phoenix, Arizona. It didn’t stop us, though, to sneak out to our favourite spot in Arizona, the Sonoran Desert and the Organ Pipe Cactus National Monument. Every time we visit this state we end up camping there. It’s irresistible for many reasons, but the saguaros make the area especially precious. There is something utterly inviting about these majestic cacti. They look like battalions of people that seem to greet you as you walk or drive by, happy to see you, waving their prickly arms at you. You can’t help but be happy in return.

Ten miniony tydzień, spędzony tutaj w Phoenix, w Arizonie przeminął nam na poszukiwaniu domu do kupienia. Mimo intensywnej pracy, udało nam się uciec w jedno z najbardziej ulubionych miejsc – na Pustynię Sonora i do rezerwatu przyrody Organ Pipe Cactus. Zawsze, ilekroć odwiedzamy Arizonę, biwakujemy właśnie tutaj. Jest to miejsce, które urzeka z wielu powodów, ale karnegie czynią tę pustynię miejscem niemożliwym do zapomnienia. Jest w tych olbrzymich kaktusach coś niezaprzeczalnie przyjaznego i ujmującego. Wyglądają one jak bataliony ludzi, które wydają się witać cię gdy je mijasz i cieszyć się, że cię widzą, machając na przywitanie kolczastymi łapami. Trudno jest się nie cieszyć i na ich widok.

Arizona, the Third Time

Tomorrow, we’re leaving for Arizona.  If the third time is the charm, we’ll come back the owners of the home in that beautiful state.  The two previous visits allowed us to successfully fall in love with the beauty of the region and to form the desire to be a part of it one day.  Life really works in mysterious ways, and though the thought causes some trepidation, we’re excited for the opportunity.  I know many good folks in Arizona have lost their homes in these tough economic times.  I can’t express how much I wish none of that were reality and I sincerely wish that they recover from this crisis soon.  I’m certain they will.
Arizona is truly the enchanted land.  I love the desert bursting in fresh blooms of spring flowers.  The cactus wrens are such gorgeous little creatures inhabiting the magnificent saguaro cacti.  Watching the roadrunner race your jeep will crack you up every time.  And the warmth, it’s warm there…  Ok, it’s actually hot, very hot.  But it’s the good dry heat that will not bring on the humidity-induced bad-hair days, so what’s not to love.  There are many more reasons why I adore Arizona.  Yes, stay tuned, as I’ll be spelling them out in the next two weeks.  Wish us luck!

Jutro wyruszamy do Arizony. Jeśli powiedzenie “do trzech razy sztuka” jest prawdą, to wrócimy jako właściciele domu w Arizonie. Poprzednie dwie wizyty spowodowały, że urzekł nas ten kraj i marzyliśmy, że może kiedyś stanie się naszym podwórkiem. I tak się w życiu dziwnie składa, że czasami marzenia stają się rzeczywistością i choć są powody do emocji, to jesteśmy w siódmym niebie, że mamy taką okazję. Obecny kryzys ekonomiczny przyczynił się do załamania rynku również w Arizonie i wiele rodzin straciło domy z dnia na dzień. Ciężko jest się pogodzić z trudnym losem jaki im się przytrafił i wierzę, że już wkrótce staną na nogi.
Arizona jest fascynującym krajem. Piękna jest pustynia gdy zakwita wiosennymi kwiatami. Strzyżyki kaktusowe, które mieszkają w dziuplach olbrzymich karnegii są niezpomnianym doświadczeniem dla miłośników ptaków. Natomiast kukawka (geococcyx) rozbraja pewnością siebie gdy zaczyna ścigać się z samochodem, którym jedziesz. I jeszcze klimat. Jest tam ciepło… no dobrze, jest tam gorąco, ale tak sucho gorąco, że nie narzekam na rozczapierzoną fryzurę spowodowaną wilgocią, więc czego tu nie lubić! Oczywiście jest wiele więcej powodów dla których niezmiernie się cieszę, że już niebawem będziemy spędzać więcej czasu w Arizonie. Przez następne dwa tygodnie będę się nimi dzielić na bieżąco.

I want a Vespa…

Is it the snob in me? Very likely. Is it the memory of the many good moments spent when these were zipping happily by? Definitely. Is it the drive to experience life on a local scale? By all means. I just want to own a Vespa (preferably), but I will be happy with whatever scooter brand name happens to enter into my possession. The Vespas tug at my heart for they’re über-cute and I’m going gangbusters when I see one. I know though, until we’re ready to relocate, away from this rainy country we live in, there will be no Vespa for me. Thus I keep wistful glances at any Vespa passing me by.

Czy to snobizm?  Zapewne.  Czy to wspomnienia tych miłych momentów kiedy jedna za drugą przemykały przede mną?  Zdecydowanie, tak.  Czy to nadzieja, że moje życie będzie na tyle lokalnie skoncentrowane, że samochód okaże się zbędny, a Vespa bezwzglednie konieczna?  Oczywiście. Po prostu bardzo bym chciała posiadać Vespę (tak Vespa byłaby miła), ale zadowoli mnie skuter każdej marki.  Vespa chwyta mnie mocno za serce, jest taka urokliwa i kształtna, że na jej widok właściwie to tracę nad sobą panowanie.  Wiem jednak, że dopóki mieszkam w tej naszej krainie deszczowców, to o Vespie mogę tylko pomarzyć.  Zatem zerkam sobie na Vespy w okolicy i wzdycham tęsknie.

Essentially Mediterranean

I’m browsing through the summer pictures and am re-living the experiences. There are so many things I’d like to share here. I hardly know where to start. When this picture caught my attention, I instantly thought it was the essence of what I perceive the Mediterranean lifestyle to be. It’s so personal that I’m sure you’ll have a totally different outlook, but that’s the whole point. You might think: the endlessly blue skies, the emeralds of the water, the tan hues of the limestone, the warm yellows of the stucco houses. If you ask me, you’ll find out that it’s this Vespa that hints at the freedom I tend to feel when I’m there, the beach basket – the staple of the Spanish beach, or the sun-bleached walls that guarantee cool shades away from the hot sunshine. So I sit quite content here, in the chill of this fall afternoon, thinking that whatever we consider to be essentially Mediterranean, we’re all right. Getting these memories in the first place was the blessing, storing them in our mind was the ingenuity, but calling onto them when the summer feels farther away than ever, this is what’s so damn precious.

Przeglądam zdjęcia z wakacji i przeżywam wszystko na nowo. Tyle jest do opowiedzenia, że nie wiem gdzie zacząć. Gdy przyuważyłam to zdjęcie, natychmiast pomyślałam, że godnie ono representuje wszystko to co kojarzy mi się ze śródziemnomorskim nastrojem. Ale są to tylko moje skojarzenia, Twoje będą z pewnością inne. Może przywołasz z pamięci ten niekończący się błękit nieba, i azur morza, kolory piaskowca, czy kolory tynków na domach. Ja natomiast wyznam Ci, że to ta Vespa, symbol wolności jaką odczuwam, gdy tam się znajdę, że ten plażowy koszyk to wszystko co mi trzeba, żeby zatęsknić za tamtejszą plażą. Wybielone ściany kojarzą mi się ze słońcem i cieniem jednocześnie. Więc siedzę sobie zadowolona, oddając się tym myślom w to chłodne jesienne popołudnie i dochodzę do wniosku, że cokolwiek to nie jest co kojarzy się nam z tym niepowtarzalnym regionem, to wszyscy mamy rację. To, że udało nam się pozyskać takie wspomnienia, to już jest wielkim darem. To, że je skrzętnie poskładaliśmy w pamięci jest świadectwem naszych umiejętności. Ale to, że możemy powrócić do tych wspomnien do woli, zwłaszcza teraz, gdy lato jest tak niemożliwie daleko, jest największą radością.

The Taste of Honey

I’ve never known there were so many distinguished tastes to the honey.  But one day, almost at the very end of our European vacation 2010, we attended an inconspicuous event in one of even more inconspicuous towns of the Polish Lower Silesia - Przemków, the Honey Festival. It featured the cornucopia of farmers’ produce from late fall vegetables, locally made cheeses, sourdough breads, and most importantly, country-wide famous honey producers. I would mouth out-loud the litany of plant names that established the honey varieties I had no idea bees would be interested in: linden, acacia, buckwheat, heather, canola, or simply multi-flower. These, indeed, tasted distinctively differently from one another and this was when I started to wonder why, when you walk into a Canadian supermarket, all you buy is just plain honey. What kind of honey, you plead. Nobody knows. Thankfully, there are ways to get your hands on the real thing. There are enough of the home-based honey makers around to get your honey-sticky fingers on the honey variety you like. Back there, in Przemków, it was the first time I tested the heather honey. It was the type my Mom wanted to try for some reason and, indeed, it was most likely the most fabulous honey I’ve ever tasted.  I’m a big believer in the slow-food movement, locally grown foods, and artisan food produced on a small scale. These are all still easily found in the old good Europe even though the mass production is as pronounced there as it’s here. But somehow, the poor, the humble, the rustic finds its way to homes like ours and the homes of many of my friends, who appreciate the effort of the healthy food made from scratch and who know the good thing when it happens to them.

Nie miałam pojęcia, że istnieje tyle rodzajów miodu, każdy ze swoim odmiennym smakiem. Pewnego dnia, już pod koniec naszych europejskich wakacji tego lata, odwiedziliśmy Przemków na Dolnym Śląsku. Takie mało znane miasteczko, organizujące mało znaną imprezę pod tytułem “Festiwal Miodu i Wina”. Oprócz miodu, można było nacieszyć oko wszystkim co ziemia rodzi i ludzkie ręce są w stanie z tego wyprodukować – ekologicznie rosnące warzywa, domowe sery, chleby na zakwasie, nalewki, no i oczywiście cały zastęp miodów. Nigdy nie przypuszczałam, że pszczoły robią miód niemalże z każdego kwiatu – lipy, akacji, gryki, wrzosu, rzepaku i wszystkich dowolnych połączeń. Każdy z tych miodów smakował inaczej i zastanawiam się jak to jest, że gdy wchodzę do kanadyjskiego supermarketu to mogę kupić tylko miód. Jaki miód? Nikt nie wie. Na szczęście, jest kilku domowych producentów miodu w okolicy, że jak chcę to znajdę i taki prawdziwy, uczciwy miód. Tam też, w Przemkowie, poraz pierwszy spróbowałam miodu z wrzosu, którego to zresztą szukała Mama, ale bez skutku. Jest to z pewnością najlepszy miód jaki kiedykolwiek próbowałam. I tak właśnie, z sentymentem wspominam ten dzień, bo żeby mieć na codzień dostęp do naturalnie produkowanej żywności, to trzeba chcieć, trzeba zabiegać i trzeba wspierać ten ruch stojący w opozycji do fast-food. Slow-food jest jeszcze tylko trendem, ale z każdym dniem przybywa więcej konsumentów zainteresowanych lokalnie hodowanymi warzywami czy serami i chlebem produkowanymi na mała skalę. Zdecydowanie łatwiej jest się na nie natknąć w Europie niż w Ameryce, ale jakbym na to nie patrzyła, to widzę, że i mój dom, jak i domy wielu moich znajomych preferują te proste, skromne, rustykalne produkty i doceniają trud wniesiony w gotowanie domowego obiadu, z rodziną, czy też z przyjaciółmi. Instynktownie czują, że to co robią warte jest całego tego zachodu.

Related Posts with Thumbnails