Archive for 2010...

Merry Christmas and the Ripening Grapefruit

We’ve traveled to Phoenix and found ourselves in this amazing city to celebrate Christmas in the desert. Exciting as it sounds, it doesn’t even begin to express all the wonder we’re experiencing. I’m still struck by how our lives turned the course, how all of the sudden, everything looks, smells, and feels different in this most familiar of the seasons. The most wonderful of the feelings is the realization that we’re not on vacations, renting this exotic place, but we live here now, and if all goes as planned, we’ll spend every Christmas here from now on. This is such a comforting thought. To add sweetness to this all, F. flew from Vancouver and is spending the Christmas week with us. I can’t think of the more perfect Christmas time than this. So, if you consider all the reasons above and, on top of this, you factor in the sweetest Navel oranges that grow here in the season and the grapefruit that are just coming to their perfect ripeness state, you can easily say this is the Very Merry Christmas I was hoping for. Now, I wish you all the very same – the peace, the love, the joy.

Szczęśliwie dotarliśmy do Phoenix w Arizonie. Odnajdujemy się powoli w tym fascynującym mieście spędzając pierwsze Święta na pustyni. Brzmi to nad wyraz ekscytująco, ale prawdę mówiąc, nie oddaje to w namiastce wszystkiego co czuję. Nadal tkwię w takim oniemieniu, dziwiąc się jak to się stało, że nagle nasze życie przyjęło jakby inny kurs i jak to się dzieje, że wszystko dookoła wygląda, pachnie i czuje się tak inaczej, mimo że jest to czas na Boże Narodzenie, te święta które są najbardziej w nas zakorzenione i zwykle wszystko z nimi związane jest takie swojskie i tradycyjne. Najbardziej cieszy mnie to, że jeśli wszystko potoczy się tak jak to planujemy, to bedziemy tutaj spędzać już wszystkie następne święta. Jest to, naprawdę, radosne uczucie. F. doleciał do nas z Vancouver i spędzamy świąteczny tydzieć w trójkę – “doskonałość” to jest słowo, które ciśnie mi się na usta, by opisać stan ducha jaki mi towarzyszy. Gdy dodasz do tego najsłodsze pomarańcze Navel, które akurat teraz są tutaj w sezonie i grejpfruty dojrzewające powoli, to bez wahania możesz powiedzieć, że to są te Wesołe Święta, na które miałam wielką nadzieję. I Tobie też życzę dokładnie tego samego – Spokoju, Miłości i Radości.

Comments Off

Guest on Stagetecture

Today, I am honored to be the guest blogger on Ronigue Gibson’s website.  Ronique is the founder of Stagetecture, the ultimate source for your home and household-related needs.  Whether it’s architectural, or interior design, simple home organization and declutter, or any life-style questions and challenges you might face, Stagetecture is the place to find the answer.  Stagetecture has a line-up of exciting Holiday topics and Majology was invited to share in the pre-Christmas fun.  I was happy to unveil to the world the wonderful Polish tradition of the Christmas wafer.  Just go to Stagetecture and check it out.

Dzisiaj mam zaszczyt goszczenia na stronce należącej do Ronique Gibson. Ronique jest autorką i fundatorką Stagetecture, czyli stronki “wszystko o domu”. Na każde pytanie w kwestii architektury, dekoracji wnętrz, zwykłych porad organizacyjnych, czy po prostu stylu życia, Stagetecture ma odpowiedź. Ronique przygotowała całą serię ekscytujących tematów związanymi ze świętami, zaprosiła więc też Majologię na uczestniczenie w tej przedświątecznej zabawie. Niezwykle ucieszyło mnie to zaproszenie i wykorzystując okazję, postanowiłam podzielić się ze światem naszą wspaniała świąteczną tradycją wigilijnego opłatka. Podąż za tym linkiem na Stagetecture i zobacz sam(a).

A Year that Went By

Today marks a certain date on my calendar.  Exactly a year ago I wrote my first blog post.  Majology was created and I had no clue as to what it meant to have and write a blog.  I might be a tiny bit wiser today, but still have no definite knowledge as to whether it was a smart or a dumb choice.  The judgment like that just makes no difference.  I take lots of inspiration and pleasure from this simple fact that I can write about what stirs my heart and as there may, or may not be readers there to second and reinforce the thoughts I share, the fact of the matter is that I have met enough of you, who find a bit of truth in what I rumble about, and who come back for more.  This turns my wheels like nothing else, believe me.  I have met so many inspiring people through this venue, got introduced to superb blogs, which I read daily now, got plenty of encouragement in my attempts at photographing the life around me, am able to follow my own sense of style, taste, and colour, and best of all, I made close friendships with so many.  Could a girl ask for more?

So before I turn away from the screen and share a celebratory glass of wine with A., I’ll tell you what this past year meant to me:

  • I started a blog and found new friendships;
  • in February, I got a job that I’m able to enjoy again;
  • I spent three summer months in Europe with A. on a dreamy vacation;
  • we bought a new house in December and gleefully made it our winter vacation retreat;
  • I received an invitation to be a guest blogger;
  • I learnt never to stop feel gratitude for what I have.

This was a wonderful year that went by!

9-ty grudnia stał się ważną datą w moim kalendarzu. Dokładnie rok temu napisałam pierwszy blog. Powstała wtedy Majologia, a ja nie miałam pojęcia co to znaczy utrzymać blog. Być może jestem odrobinę mądrzejsza dzisiaj, nadal jednak jednoznacznie nie jestem w stanie stwierdzić czy to był dobry, czy też poroniony pomysł. Tak naprawdę to taka opinia nie ma najmniejszego znaczenia. Majologia pozostaje ciągłą inspiracją, żeby pisać i dzielić się tym co mi chodzi po głowie i przyspiesza bicie serca. I mimo to, że niekoniecznie czytają te moje wywody zastępy ludzi, to jedno jest pewne. Napotkałam tak wiele pokrewnych dusz tutaj, które wracają bo dzielą ze mną punkty widzenia – a to jest wszystko czego mi trzeba, żeby kontynuować. To właśnie tutaj, na Majologii, napotkałam interesujących i inspirujących ludzi, zostałam wyeksponowana na blogi, które czytam namiętnie każdego poranka przy kawie, otrzymuję ciągłą zachętę do kontynuowania moich fotograficznych zapędów, mogę pozostać wierna swojemu wyczuciu stylu, smaku i kolorów, i przede wszystkim, odkryłam wiele nowych przyjaźni. Czego więcej chcieć?

Więc zanim zakończę ten urodzinowy wpis i wypiję lampkę wina z A. za pomyślną przyszłość Majologii, chcę Wam jeszcze powiedzieć co znaczy dla mnie ten miniony rok:

  • zaczęłam blog i odkryłam wiele nowych znajomości;
  • w lutym dostałam pracę, którą ponownie umiałam się cieszyć;
  • spędziłam 3 miesiące latem w Europie razem z A. na wymarzonych wakacjach;
  • w grudniu kupiliśmy dom, który z radościa przekształcamy na daczę w ciepłym klimacie;
  • otrzymałam zaproszenie, żeby wystąpić jako gość w innym blogu;
  • zrozumiałam, że nigdy nie wolno przestać czuć wdzięczności za to co się ma.

Ta rocznica znamionuje rok dobrze przeżyty!

Desert Colours

What can I say to excuse my absence from Majology? That I was busy? That I did not have anything of significance to share? Or that I was lazy? The truth is all of the above. The usual Christmas prep, what almost always motivates me and pushes me to cram a lot of work and projects in, has me off the hook this year, as we’ve decided to spend this Christmas in Phoenix. There will be no seasonal decorations in this house, no Christmas tree, nor there will be the familiar crowd at our Christmas Eve table. But still I tremble with excitement and anticipation and I’m in the most eager of stages to pack the SUV and the trailer and take whatever I can do without in this house and bring it over to the new one. This will be the shedding of sorts as we’ll let more room and light in our regular living quarters here, and will add all this well-utilized and comfortable stuff to our new home in Phoenix. This sounds to me like the best of two worlds. I’d be amiss, if I didn’t admit that I spend a lot of time thinking how I want our Arizona home to look and feel. One of the most essential points in decorating is that the home fits the surrounding, that it becomes the part of its environment. While hiking the San Tan Mountains in Queen Creek, Arizona I collected a few rocks that were showing the local desert colours so beautifully. Right there I knew the answer to the basic colour palette I wanted to use in our new home. What do you think?

Jak mogę wytłumaczyć swoja długą nieobecność na Majologii? Że byłam zbyt zajęta? Że nie miałam nic ważnego do zakomunikowania? Że byłam leniwa? Każda z tych wymówek ma w sobie trochę prawdy. Zwykle o tej porze, rzucam się w wir świątecznych przygotowań. One też powodują, że borykam się z całą masą pracy i świątecznych projektów. Ale nie w tym roku. W tym roku mam odpuszczone, jako że zdecydowaliśmy spędzić święta w Phoenix. Nie będzie więc tutaj ani świątecznych dekoracji, ani choinki, ani też znajomego tłumu przy stole wigilijnym. A mimo to cieszę się niezmiernie na moment, kiedy spakujemy auto z przyczepą i zabierzemy z sobą wszystko to, bez czego możemy poradzić sobie w starym domu, po to żeby wyposażyć nowy. Dużo też myślę o dekorowaniu domu w Arizonie. Wierzę, że ważne jest, żeby dom wkomponował się łatwo w otoczenie, tak żeby był tego otoczenia częścią. Jeszcze bedąc w Phoenix, ruszyliśmy na pieszą wędrówkę w regionalnym parku San Tan Mountains, gdzie zebrałam kilka skałek w tych stonowanych kolorach pustyni. Ta kolekcja natychmiast natchnęła mnie co do dekoratorskiej palety w nowym domu. Jak Wam się podobają te kolory?

The Desert Etched in My Mind

I knew I would be missing the warmth of the desert and the serenity of the region long before we would’ve made it back home to British Columbia. And I was right, too. The long drive home only exacerbated the reluctance to enter the rainy and damp climate at home and the temperatures hovering around the zero mark weren’t especially inviting either. The house purchase in Arizona went all well. We found one we loved, but we had to leave in the midst of the usual house-related busy-work of inspections and escrows, so it feels a bit like we left some unfinished business there and it only adds to my eagerness to go back to Arizona as soon as possible. And this, actually, is the plan. Once we finalize the purchase, we’ll head back there for Christmas to spend it with family and friends. So for the time being, I can only recall and delight in the images of the warm desert, and I hope you will, too.

Już na długo przed tym zanim dotarliśmy z powrotem do domu w Kolumbii Brytyjskiej, wiedziałam że brakować mi będzie ciepła i spokoju pustyni. No i nie myliłam się. Długa podróż samochodem wydawała się tylko wzmagać niechęć do powrotu do dżystego i mokrego klimatu jakim przywitał nas dom, a temperatury w okolicach zera również nie nastrajały zachęcająco. Z dobrych wieści to to, że zakup domu przebiegł pomyślnie. Znaleźliśmy dom, który polubiliśmy natychmiast, ale niestety, musieliśmy pozostawić dokończenie interesów typy inspekcje i zapisy w księgach wieczystych, dlatego też mam poczucie nie zakończonego biznesu, które podsyca tylko chęć jak najszybszego ponownego wyjazdu do Arizony. I taki, w zasadzie mamy plan. Jak tylko oficjalnie zakończymy transakcję, spędzimy Święta i Nowy Rok w nowym domu w Phoenix razem z rodzinką i może kilkoma przyjaciółmi, jeśli dadzą się namówić. Póki co więc, pozostaje mi tylko powrócić w myślach do tych pustynnych obrazów i cieszyć się nimi jako godnym zastępstwem. Mam nadzieję, że i Tobie przypadną one do gustu.

Quaint Little Church

I’ve been in full adoration mode since the day we’ve arrived to Phoenix. I know, I know, the weather has plenty to do with it, especially once the news of true winter, snow, and sub-zero temperatures back in Vancouver finally made the required connections in my sun-induced and tequila-de-accelerated brain. It’s lovely here. I’m still coping with the news that people here play golf all year round and they denounce work any time it rains for both practical and soul-nurturing reasons. But even when these sensible points are put aside, I still gasp every time I see blooming oleanders and bougainvilleas in the middle of November. Add to this the never-clogged freeways and the most beautiful landscaping along them I’ve seen, hands down, anywhere in the world, you are bound to be falling in love with this place the way I am. There is one more thing, a small thing I look for anywhere I go – the feel of the old and the authentic, the old ways that made the place what it is today. In Phoenix, I didn’t have to look far. We went to look for some open air farmer’s markets and we ended up on Guadalupe Road where we came across this little church, bathed in the mid-day sunshine, left alone and totally peaceful. I could only imagine how differently it was going to look come Sunday morning with the burst of vivid colour, once the Sunday worshipers made their way to the morning mass.

Od dnia przyjazdu do Phoenix trwam w pełnej adoracji miasta. Zapewne pogoda poważnie przyczynia się do takiej opini, zwłaszcza gdy docierają do mnie wreszcie wiadomości o pełnej zimie w Vancouver, ze śniegiem i minusowymi temperaturami, co nie jest proste bo mój omamiony słońcem i spowolniony tequilą mózg, nie przyswaja sobie informacji łatwo. Z zachwytem dowiaduję się, że ludzie tutaj grają w golfa przez cały rok i zarzucają pracę gdy pada deszcz, zarówno z praktycznych przyczyn, jak i tych spowodowanych duszą. Ale nawet, jeśli to nie są argumenty, to ja i tak zachwycam się gdy widzę w listopadzie kwitnące oleandry i bugenwille. Gdy dodasz do tego autostrady bez korków i fantastycznie czyste, zagospodarowane i upiększone tereny, to nie zdziwisz się, że systematycznie zakochuję się w tym kraju. Zwykle jest jednak jeszcze jedna mała rzecz, której wytrwale szukam gdziekolwiek trafiam – to poczucie tradycji i zacnych zwyczajów, to co ukształtowało to miejsce i przyczyniło się, że jest dzisiaj takie jakie jest. W Phoenix nie szukałam długo. Wyruszyliśmy na zakupy na zielony rynek w starej dzielnicy Mesa i przypadkiem trafiliśmy na ten stary kościółek Matki Boskiej z Guadalupe. Totalnie wybielony południowym słońcem, wyglądał na opuszczony, całkowicie pogrążony w ciszy. Pozostało mi tylko wyobrazić sobie jak powraca do życia i oczarowuje kolorami gdy nadchodzi czas na poranną niedzielną mszę.

Saguaro Triptych

We’ve been busy searching for a house for more than a week, here in Phoenix, Arizona. It didn’t stop us, though, to sneak out to our favourite spot in Arizona, the Sonoran Desert and the Organ Pipe Cactus National Monument. Every time we visit this state we end up camping there. It’s irresistible for many reasons, but the saguaros make the area especially precious. There is something utterly inviting about these majestic cacti. They look like battalions of people that seem to greet you as you walk or drive by, happy to see you, waving their prickly arms at you. You can’t help but be happy in return.

Ten miniony tydzień, spędzony tutaj w Phoenix, w Arizonie przeminął nam na poszukiwaniu domu do kupienia. Mimo intensywnej pracy, udało nam się uciec w jedno z najbardziej ulubionych miejsc – na Pustynię Sonora i do rezerwatu przyrody Organ Pipe Cactus. Zawsze, ilekroć odwiedzamy Arizonę, biwakujemy właśnie tutaj. Jest to miejsce, które urzeka z wielu powodów, ale karnegie czynią tę pustynię miejscem niemożliwym do zapomnienia. Jest w tych olbrzymich kaktusach coś niezaprzeczalnie przyjaznego i ujmującego. Wyglądają one jak bataliony ludzi, które wydają się witać cię gdy je mijasz i cieszyć się, że cię widzą, machając na przywitanie kolczastymi łapami. Trudno jest się nie cieszyć i na ich widok.

Arizona, the Third Time

Tomorrow, we’re leaving for Arizona.  If the third time is the charm, we’ll come back the owners of the home in that beautiful state.  The two previous visits allowed us to successfully fall in love with the beauty of the region and to form the desire to be a part of it one day.  Life really works in mysterious ways, and though the thought causes some trepidation, we’re excited for the opportunity.  I know many good folks in Arizona have lost their homes in these tough economic times.  I can’t express how much I wish none of that were reality and I sincerely wish that they recover from this crisis soon.  I’m certain they will.
Arizona is truly the enchanted land.  I love the desert bursting in fresh blooms of spring flowers.  The cactus wrens are such gorgeous little creatures inhabiting the magnificent saguaro cacti.  Watching the roadrunner race your jeep will crack you up every time.  And the warmth, it’s warm there…  Ok, it’s actually hot, very hot.  But it’s the good dry heat that will not bring on the humidity-induced bad-hair days, so what’s not to love.  There are many more reasons why I adore Arizona.  Yes, stay tuned, as I’ll be spelling them out in the next two weeks.  Wish us luck!

Jutro wyruszamy do Arizony. Jeśli powiedzenie “do trzech razy sztuka” jest prawdą, to wrócimy jako właściciele domu w Arizonie. Poprzednie dwie wizyty spowodowały, że urzekł nas ten kraj i marzyliśmy, że może kiedyś stanie się naszym podwórkiem. I tak się w życiu dziwnie składa, że czasami marzenia stają się rzeczywistością i choć są powody do emocji, to jesteśmy w siódmym niebie, że mamy taką okazję. Obecny kryzys ekonomiczny przyczynił się do załamania rynku również w Arizonie i wiele rodzin straciło domy z dnia na dzień. Ciężko jest się pogodzić z trudnym losem jaki im się przytrafił i wierzę, że już wkrótce staną na nogi.
Arizona jest fascynującym krajem. Piękna jest pustynia gdy zakwita wiosennymi kwiatami. Strzyżyki kaktusowe, które mieszkają w dziuplach olbrzymich karnegii są niezpomnianym doświadczeniem dla miłośników ptaków. Natomiast kukawka (geococcyx) rozbraja pewnością siebie gdy zaczyna ścigać się z samochodem, którym jedziesz. I jeszcze klimat. Jest tam ciepło… no dobrze, jest tam gorąco, ale tak sucho gorąco, że nie narzekam na rozczapierzoną fryzurę spowodowaną wilgocią, więc czego tu nie lubić! Oczywiście jest wiele więcej powodów dla których niezmiernie się cieszę, że już niebawem będziemy spędzać więcej czasu w Arizonie. Przez następne dwa tygodnie będę się nimi dzielić na bieżąco.